wtorek, 24 czerwca 2014

ASK

Jak chcecie, to podaje wam mojego aska :)
Jeśli potrzebujecie o coś zapytać, zapraszam ♪

PS. Muszę się wam pochwalić. Zdałam! :)


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Jak szybko zaczęliśmy się cieszyć, tak szybko przestaliśmy.
Gdy R5 prosiło szefa naszej wytwórni, aby byli supportem na mojej trasie, on wymyślił, że zespół będzie miał swoją własną trasę. W tym samym czasie!
Gdy Vanessa obiecała mi, że cały czas będzie mnie wspierać, następnego dnia poinformowała mnie, że znalazła pracę nad jakimś dobrym filmem. Dostała się!
Niestety, trasa obejmowała wakacje, więc Natalie z Kelly też nie mogły pojechać. Natalie ze względu na rodzinę, a Kelly nad opieką nad Patrickiem; Raini także nie mogła ze względu na rodzinne wakacje, na które musiała pojechać do rodzinnej miejscowości, do rodziny.
Pamiętajcie więc, nie chwal dnia przed zachodem słońca.
Jedynymi osobami, które miały ze mną jechać jest mój zespół, który i tak by musiał, więc nie mają wyboru; Dove, a jak i ona, to i Luke (cieszę się, że chociaż będą tam znajome i przyjazne twarze); ku mojemu zaskoczeniu także Mary z Mattem! Brunetka upierała się, że naprawdę mnie polubiła i chętnie by pojechała.
Nie było to dużo, ale zawsze ktoś.
- Nie masz stresu? Nie boisz się? - wypytywała mnie Dove.
- Nie, nie boję się. Jakoś to będzie - odparłam ze słabym uśmiechem, pakując do walizki moje ubrania.
Bałam się tego, że będę okropnie tęsknić. Chyba jeszcze nigdy nie rozdzieliłam się z Vanessą na tak długo, a z Lynchami i Ell'em też się zżyłam. To będzie okropne...
- Naprawdę? Ja bym się bała. Tyle ludzi...
- Okej, teraz się boję - przyznałam się, patrząc na nią z boku - i stresuję. Może być?
Pokiwała głową i zachichotała.
- Nie chciałam ci zawracać głowy takimi pierdołami, ale wiesz, jak to ja - posłała mi słodki uśmieszek - ja lubię stresować ludzi. Wtedy ja się odstresowuję...
Gadanina Cameron trochę mnie uspokoiła.
- Na trasie masz mnie nie stresować, ale gadać jak wariatka - uśmiechnęłam się szczerze.
Złożyłam kolejną bluzkę i wsadziłam na dno, jeszcze pustej, walizki.
- Ach - założyła ręce za głowę, kładąc się na moim łóżku - nie powinnam mieć z tym problemu.

~*~

Postanowiłam nasze ostatnie wspólne chwile, przed rozłąką na kilka miesięcy, spędzić jak najlepiej.
Wczoraj zrobiliśmy imprezę, na której wszyscy się rozluźnili, a dziś postanowiliśmy pojechać na wycieczkę rowerową.
- Laura, co ty tam jeszcze robisz? - wrzasnęła z domu siostra.
- Wyjmuję rower! - odkrzyknęłam i zajęłam się dalej 'odkurzaniem' swojego roweru.
- Tak długo?
- Tak, tak długo!
- Spóźnimy się!
- To jedź sama! Dojadę!
Wyszła do ogrodu i westchnęła, patrząc na mnie. Byłam cała brudna.
- Trzeba było częściej sprzątać w garażu - wzruszyłam ramionami i strzepnęłam kurz z moich spodenek.
Schyliłam się, żeby zawiązać buta, gdy w niewielkiej odległości ode mnie coś zabłyszczało. Zaciekawiona, po zawiązaniu sznurówek oczywiście, przybliżyłam się. W trawie leżał piękny, złoty pierścionek.
- Van, to przypadkiem nie twoje? - spytałam brunetkę, która podeszła do mnie powolnym krokiem z miną strapionej matki.
Przyglądała się uważnie i nagle otworzyła usta szeroko ze zdziwienia.
- To babci - wzięła ode mnie pierścień - tylko skąd on tu się wziął?
Wzruszyłam ramionami.
- Ja nie wiem. Znalazłam to przypadkiem.
Uśmiechnęła się nagle szeroko.
- To dla ciebie - wzięła moją dłoń i nałożyła mi go na palec serdeczny - na szczęście. Żeby na trasie się dobrze powiodło.
Odwzajemniłam jej gest i przytuliłam mocno do siebie.
- Dziękuję - szepnęłam wzruszona.
- Po to tu jestem.

~*~

- Pospieszcie się!
Jęknęłam.
- Nie każdy ma taką dobrą kondycję jak ty, Rydel.
Usłyszałam jej melodyjny śmiech.
- Nie flirtujcie tam ze sobą tylko ruszcie te dupy i jedźcie szybciej.
Zarumieniłam się, wpieniona, a Ross tylko się uśmiechnął. Nie raczył nawet zaprzeczyć.
- Dupek - rzuciłam prawie bezgłośnie.
Zaśmiał się.
- Nie ma co się z nią sprzeczać. I tak nam nie uwierzy.
- Nie musi. Wystarczy, że ja będę wiedziała, że to nieprawda.
- Oj Laura, Laura. Ty chyba nigdy nie przestaniesz wątpić w możliwości Delly.
Machnęłam na niego ręką i skupiłam się na moich nogach, próbując pedałować. Niezbyt dobrze mi to szło z powodu okropnego bólu kolana, który pojawił się, gdy Rocky 'przypadkiem' popchnął mnie na trawę.
Chyba mi się coś tam poprzestawiało... Jak w mojej głowie, więc to normalka.
- Staję! Muszę odpocząć - oznajmiłam i nie pomyślawszy, gwałtownie zahamowałam, lądując na ziemi.
Wciągnęłam głośno powietrze przez usta.
- Oj, ty moja wariatko - Rossy wybuchnął śmiechem.
- Ostrożnie - syknęłam, kiedy próbował mnie podnieść do góry.
Dzisiaj jest chyba pechowy dzień.
- I to wcale nie jest zabawne - walnęłam go w ramię - to wina Rocky'ego!
- Ale co ja?!
- Gdybyś mnie nie popchnął mnie na tę pieprzoną trawę, nie walnęłabym się w te cholerne kolano i nie bolałoby mnie ono tak cholernie, więc mogłabym normalnie jechać! - z każdym krokiem podchodziłam do niego co raz bliżej, posyłając w jego stronę pioruny.
Pisnął jak mała dziewczynka i uciekł do pierwszego lepszego drzewa, nieudolnie próbując się po nim wspiąć.
- Ninjo, przyzywam się! Daj mi moc wspinania!
Westchnęłam i usiadłam na trawie. To naprawdę zły dzień for me.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - Ross objął mnie ramieniem, siadając koło mnie.
Wtuliłam się w niego.
- Jeśli tak nie będzie, zginiesz śmiercią męczeńską.

**********************************

To naprawdę jakaś masarka -,-
Uciekła mi wena i nie chce wrócić! :C
Do tego jutro mam ten egzamin z religii (przełożyli go).
Sikam ze strachu! ;_;
Życzcie mi szczęścia, bo będzie mi potrzebne ♪
A teraz ja zwiewam się uczyć na ostatnią chwilę, a wy komentujcie. Może duża ilość waszych komentarzy mnie zmotywuje *.*
Do następnego ♥

Kocham ten gif *.*



Żegnam :)

niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział dwudziesty ósmy

- Witaj, skarbie. Wstawaj - wyszeptałam śpiącemu blondynowi na ucho - wstawaj, kochanie. Śniadanie gotowe.
- Jeszcze pięć minut, mamo - odpowiedział chłopak, przekręcając się na drugi bok i nakrywając się po głowę kołdrą.
- Ej, nie jestem aż taka stara, żeby być twoją matką! - krzyknęłam tak głośno i pociągnęłam koc tak mocno, że Ross upadł na podłogę.
Zachichotałam.
- Laura... - mruknął zniesmaczony - dzięki za pobudkę, ale preferuję delikatniejsze formy budzenia.
- Na przykład takie? - spytałam i strzeliłam w niego z pistoletu na wodę.
Schował twarz za rękoma i zaczął piszczeć. Wybuchnęłam śmiechem.
- Nie, nie o takie mi chodzi!
- No okej. Chodź już na dół, śniadanie jest gotowe.
Lynch pokiwał głową i razem za mną skierował się w stronę drzwi.
- Czekaj, czekaj... ty nazwałaś mnie swoim skarbem? I kochaniem? - zajarzył, co mówiłam wcześniej.
Zarumieniłam się i zakryłam twarz włosami, aby chłopak nie mógł tego widzieć.
- A tak jakoś - wydukałam - sorry.
- Laaauuuraaa - specjalnie przedłużył - mnie nie oszukasz, wiesz o tym? Jesteś taka słodka, gdy się rumienisz - wyznał.
Odwróciłam się w jego stronę.
- A ty jesteś taki słodki, że strzelasz mi komplementy - cmoknęłam go prędko w policzek i klepnęłam w ramię - berek!
Prędko zbiegłam po schodach, śmiejąc się.
- Oooo, nie uciekniesz mi! - krzyknął i ruszył w pościg za mną.
Wybuchaliśmy co chwilę śmiechem, biegając wokół kanapy. Potem zmieniłam kierunek i wbiegłam do kuchni.
- Pomocy! On chce mnie zabić! - schowałam się za Vanessą - ją bierz zamiast mnie! Ona jest smaczniejsza!
- No ej! - oburzyła się Van - gdzie ta twoja solidarność?
- Sorki - uśmiechnęłam się słodko - ale ja nie chcę zginąć w tak młodym wieku.
- Siadajcie w końcu do stołu. Ross, czemu jesteś mokry? - Rydel znów chciała mieć pierwszeństwo we wszystkim.
- Nieważne - mruknął - mogę tylko powiedzieć, że to jej wina - wskazał na mnie palcem.
Udałam obrażoną i usiadłam na krześle, które przypadkiem było naprzeciwko Ross'a. I przypadkiem kopnęłam go w kostkę.
- A więc... ogłaszam wszem i wobec... ogłaszam całemu światu... mam dla was... - udawałam kretynkę.
- Daj spokój i zaczynaj - zgasiła mnie Vanessa, nadal obrażona, że byłam gotowa oddać ją do zjedzenia.
- No dobra - westchnęłam - rozmawiałam wczoraj z szefem wytwórni, Simonem i Jasonem i jadę w trasę koncertową! Na razie po USA, ale nigdy nic nie wiadomo - zakończyłam z wielkim bananem na twarzy.
- Serio?! - spytał zdziwiony Rocky, wstając gwałtownie z krzesła.
- Spokojnie.
Naprawdę ciężko było mi żyć z tą wiadomością. Naprawdę wszystko działo się tak szybko. Jeszcze niedawno byłam tak naprawdę nikim w show-biznesie, a teraz jadę w trasę koncertową.
- Będziemy twoim supportem! - krzyknęła Rydel, a chłopcy jej zawtórowali.
- Ja będę cię wspierać - powiedziała zadowolona Vanessa.
- I ja też - powiedziały jednocześnie Kelly, Dove oraz Raini, na co wybuchnęły śmiechem.
- To ja chyba nie będę miał wyboru - powiedział Luke, patrząc czule na Dove.
I nikt nie może powiedzieć, że mam złych przyjaciół.
Oni potrafili mi pomóc, wesprzeć w każdej najgorszej sytuacji.
Kochali mnie, a ja kochałam ich.
To się liczy.

**********************************

Cześć :)
Dziś taka króciutka niespodzianka na niedzielny wieczór ♪
Mam dziś dobry humor i tak jakoś wyszło, że nigdzie nie wychodziłam z domu. Do tego, za niecałe 2 tygodnie wakacje! *.*
Okej, to następny będzie niedługo!







środa, 11 czerwca 2014

Rozdział dwudziesty siódmy

*2 tygodnie potem*

Po obgadaniu paru spraw Kelly i Natalie, które się zaprzyjaźniły, Kel dostała pracę, a Natalie mogła spokojnie też pójść i pomóc mamie zarabiać.
Nie planowałam nic na wakacje, więc postanowiłam pomóc czasami Kelly w opiekowaniu się Patrickiem. To naprawdę miły chłopczyk, a spędzanie z nim czasu to czysta przyjemność.
Patrick naprawdę polubił mnie i Kelly, stał się bardziej rozmowny i śmiały. Rozmawiał, bawił się oraz śmiał. Do tego ma naprawdę ogromny talent artystyczny!
- Co tam robisz?! - krzyknęła z dołu Vanessa, przerywając moje przemyślenia.
Cholera, zapomniałam! Umówiłam się wczoraj z dziewczynami (Rydel, Vanessa, Natalie, Kelly, Dove i Raini - od aut), że spędzimy dziś babski dzień. Rocky upierał się, że chce z nami iść, ale Ryd mu zabroniła. Znając życie i tak się za nami przypałęta.
Zapomniałabym, Rocky i Kelly są razem. Poszli wczoraj rano PONOWNIE na spacer, a potem wrócili trzymając się za rękę. Kel była ostro zarumieniona, ale i szczęśliwa. Jestem zadowolona, że są szczęśliwi.
- Już schodzę! - odkrzyknęłam siostrze.
Wstałam szybko z łóżka i spakowałam prędko do małej, podręcznej torebki telefon, chusteczki, słuchawki i pieniądze. Na nogi nałożyłam balerinki i zbiegłam po schodach na dół.
- Gdzie ty tak długo byłaś? Zaraz musimy wychodzić po dziewczyny.
- Kurcze, dopiero co wróciłyśmy do domu i chcę się nim nacieszyć, a ty mnie wyganiasz - udawałam, że się obrażam.
- Och, daj spokój - Van dała mi kuksańca w bok - sama się zgodziłaś.
- Bo mnie do tego zmusiłaś. Nie lepiej byłoby przebrać się w piżamę, zamówić górę żarcia i oglądać filmy do upadłego?
Tak, ta wizja zdecydowanie mnie pobudzała.
- Nie. Nie myśl tyle o jedzeniu, co Rocky o żelkach, bo zniszczysz sobie psychikę. A teraz idziemy...
Porozglądałam się po domu, a potem po siostrze, która zaczęła odchodzić.
- No chodź.
Dopiero po chwili dotarły do mnie jej słowa.
- Ej, czemu porównujesz mnie do Rocky'ego?!

~*~

Mimo pozorów, dobrze się bawiłam.
Chodziłyśmy z dziewczynami po sklepach, rozmawiałyśmy i żartowałyśmy, szczególnie z braci Lynch i Ellingtona. Kupiłam sobie śliczną małą czarną sukienkę na bal maturalny oraz dopasowane do niej czarne szpilki. Napakowane po pachy torbami udałyśmy się do salonu piękności, gdzie pozwoliłam sobie na masaż i maseczkę. Po tylu tygodniach ciężkiej pracy mogłam sobie pozwolić na odrobinę relaksu.
Po całym zabiegu rozanielone i zadowolone poszłyśmy do kawiarni. Tam spotkałam kilka osób, które chciało autograf ode mnie, Rydel bądź Vanessy i usiadłyśmy w fotelu. Tym fotelu, gdzie siedziałam, kiedy Aileen mnie obraziła. No cóż, raz się żyje.
- A pamiętacie, jak Rocky wpadł do basenu i myślał, że się topi, bo jest na titanicu? - spytała roześmiana Kelly. Wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- A jak Ellington szorował usta szczotką przez kilka godzin, bo jego zdaniem brzydka dziewczyna się na niego rzuciła? - Rydel jechała po swoich braciach, jak popadło.
Uśmiechy nie schodziły nam z ust.
- Co podać? - spytała kelnerka, podchodząc do nas.
Każda po kolei mówiła, co chciała dostać. Ja z Raini zamówiłyśmy latte z sernikiem, Rydel, Vanessa i Kelly cappuccino z murzynkiem, a Natalie i Dove zapragnęły także latte, ale z blokiem czekoladowym. Gdy dziewczyna odeszła, przyjaciółki i siostra wróciły do pogaduszek, a ja rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie było mnie tu około z miesiąc, a ani jedna rzecz nie zmieniła miejsca.
Kawiarnia była jak zawsze zatłoczona, pełna pracy oraz głośna. Wszyscy dookoła wybuchali co chwilę śmiechem, siedzieli razem i rozmawiali. Zupełnie jak my.
Już miałam wrócić do rozmowy, ale mój wzrok przykuł wchodzący do środka klient. Rysy twarzy, muskulatura, styl ubierania i chodzenia. Szczęścia to ja nie mam. Czy wszędzie i zawsze, kiedy chcę się dobrze bawić, musi się pojawiać Bobby?
- Przepraszam was na sekundkę, zaraz wrócę - mruknęłam do grupki.
- Coś się stało? - spytała zatroskana Vanessa.
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Nie, po prostu zrobiło mi się trochę słabo. Pójdę na chwilę do łazienki.
Jak powiedziała, tak zrobiłam. Skierowałam się w stronę toalet, aby schować się przed moim eks. Nie miałam dziś ochoty, aby znów z nim stanąć twarzą w twarz.
Trzasnęłam drzwiami i podeszłam do zlewu. Lodowatą wodą przemyłam sobie twarz i opierając się o ścianę, przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze. Byłam okropna. Jestem taka brzydka.
Ze zdenerwowania pociągnęłam się mocno za włosy i rozpłakałam się. Jestem do niczego. Usiadłam w kącie i zakryłam twarz dłońmi.
Po kilku minutach poczułam, że ktoś mnie przytula. Odkryłam twarz.
- Ross? Co tu robisz? - spytałam zaskoczona i znów przetarłam twarz rękoma, czy przypadkiem nie mam zwidów - to znaczy, cieszę się, że cię widzę, ale co ty robisz w tej restauracji? I do tego w damskiej toalecie.
Blondyn spojrzał na mnie spokojnie i uśmiechnął się.
- Nie bój się, za to nie karają. Chcę cię tylko stąd zabrać. Van zadzwoniła do mnie, że zauważyłaś Bobby'ego, a ty nie wracasz dłuższy czas z toalety.
- Nie mogła sama przyjść, tylko dzwoniła do ciebie?
Roześmiał się.
- Mnie się pytasz? To ja nie umiem zrozumieć waszej psychiki. Z resztą, byłem w pobliżu i chciałem cię zobaczyć.
Zarumieniłam się lekko i uśmiechnęłam.
- Cieszę się.
- No to... idziemy. Chyba - powiedział cicho i podniósł mnie na ręce.
- Co ty robisz?
- Wynoszę, księżniczko.
Nie obchodziły go wzrok innych na nas. Ciche szepty dookoła. Wyszedł ze mną z restauracji i szliśmy w stronę domu.
- Ross?
- Hmm? - najwidoczniej wyrwałam go z rozmyśleń.
- Dziękuję - pocałowałam go w policzek - za wszystko.

*********************************

Cześć.
Rozdział krótki, nawet nie wiem, czy powinnam wam to oddawać. Ale co tam xd
Tak się zastanawiałam... piszę co raz nudniej? Gorzej? Z kolejnym rozdziałem jest co raz mniej komentarzy i wyświetleń. Powinnam zrobić sobie przerwę?
Z resztą, niedługo koniec I sezonu, a przed rozpoczęciem II zrobię sobie kilka tygodni przerwy na obczajenie, co będzie się dziać.
Dziękuję wam ♥

PS. Może spóźnione, ale kocham tę piosenkę. Nie dość, że nasza piękna Laura tam wystąpiła, to zaśpiewała moja największa idolka, Dems ♥ Kto jeszcze nie przesłuchał, musi to zrobić, bo przegapi prawdziwy hit :)




Dacie radę dodać chociaż 10 komentarzy? :)

Pozdrawiam, xx.

czwartek, 29 maja 2014

Rozdział dwudziesty szósty.

Po krótkiej rozmowie z Jasonem przekazałam radosną dla mnie nowinę, a w domu rozpętały się tańce, harce i wiwaty. Mówię dosłownie.
Wszyscy tańczyli i wrzeszczeli radośnie. Nie wiedziałam, że wszystkich aż tak interesuje moja muzyka.
- Ej, no dobra. Spokój.
Kurcze, nikt nie reaguje.
- SPOKÓJ! - wydarłam się. Wszyscy stanęli w miejscu i popatrzyli na mnie zainteresowani - dziękuję wam za ogromne wsparcie, ale to nie powód, aby demolować dom!
- Gratulacje! Gratulacje! - wyśpiewała radośnie Raini, podbiegając do mnie i mocno przytulając - nie przypuszczałam, że to się tak szybko zdarzy!
I potem popadłam w wir uścisków. Od kiedy jestem pępkiem wszechświata?

~*~

Kiedy ogarnęłam swój wygląd (niecodziennie stado słoni jednocześnie mnie przytula!) przebrałam się w sukienkę w kwiaty z paskiem oraz czarne balerinki i postanowiłam się przejść. Miałam ochotę pobyć chwilę sama i wszystko przemyśleć.
Naprawdę się cieszę, że moja płyta być może będzie już niedługo na półkach moich fanów, ale to wszystko dzieje się tak szybko. Nawet się nie zorientowałam, a poznałam swoich największych idoli, na których zawsze się inspirowałam oraz robię czynność, którą kocham od dzieciństwa - piszę i śpiewam!
- Wychodzę - powiedziałam spokojnie, nałożyłam okulary przeciwsłoneczne na nos i zamknęłam drzwi.
Przeszłam przez ogród Lynchów i weszłam na chodnik. Skierowałam się w stronę parku - odkąd sięgam pamięcią, zawsze to mnie uspokajało, choć wiązało jednocześnie przyjemne i nieprzyjemne wspomnienia.
Słońce grzało mi twarz, a wiatr rozwiewał moje włosy. Stawiałam ostrożnie kroki, aby choć dziś na kogoś nie wpaść. Przeliczyłam się.
Szłam powoli i w pewnej chwili, przechodząc obok rzeczki w parku, przymknęłam oczy. W tej jakże przewspaniałej sekundzie, ktoś, kto biegł z przodu popchnął mnie mocno w bok. Poleciałam do rzeczki. Byłam cała mokra, a woda spływała po całym moim ciele.
- Naprawdę cię przepraszam! - zaczęła się tłumaczyć, trochę żałośnie, dziewczyna.
Konkretniej, szatynka. Jak Raini.
- Nie chciałam! Naprawdę! Musisz mi uwierzyć!
- Spokojnie - powiedziałam, wstając - nic wielkiego się nie stało.
- Ależ tak. Wiesz, taka ze mnie niezdara, a jeszcze chciało mi się biegać.
Uśmiechnęłam się lekko.
- To witaj w klubie. Ja też często kogoś tratuję.
Dziewczyna podała mi dłoń, a ja chwyciłam się jej i wyszłam z dołka. No i co z tego, że ludzie się na mnie patrzyli? To się nie liczyło, każdy popełniał błędy.
- Może chciałabyś iść do mnie i się wysuszyć? Mieszkam niedaleko - wskazała w jedną stronę - a tak w ogóle, jestem Natalie.
- Laura. Bardzo chętnie. Moi przyjaciele pewnie przestraszyliby się, gdyby mnie zobaczyli w takim stanie.
Natalie wybuchnęła śmiechem.
- Spokojnie, mamy chyba podobny rozmiar - przejechała po mnie wzrokiem - powinnam mieć coś dla ciebie. Tylko proszę, nie śmiej się na widok mojego brata. On jest dość... wrażliwy i specyficzny.
- Jasne. Obiecuję, choć i tak nie rozumiem, czemu miałabym.
Gdy weszłam z dziewczyną do domu, nadal tego nie rozumiałam.
Natalie miała młodszego brata, Patrick'a, z zespołem downa. Przecież nie ma w tym nic śmiesznego.
- Ile ma lat?
- Dopiero 8, ale jak na swój wiek jest dość dojrzały i inteligentny. Wszystko rozumie, co się do niego mówi. I uwielbia się uczyć.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem i uśmiechnęłam smutno.
Choroba dotyka zawsze tych osób, które mają wielkie serce. Zero sprawiedliwości na tym świecie.
Podeszłam do chłopca siedzącego przy stole i kucnęłam obok.
Patrick kolorował przystojnego rycerza, który jechał na koniu.
- Cześć Patrick, jestem Laura.
Chłopiec odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie z uwagą. Potem, z wielką ostrożnością, wyciągnął ku mnie rękę.
- Mówi bardzo rzadko - poinformowała mnie Natie - mamo!
- Słucham? - do salonu weszła z kuchni starsza kobieta.
Miała na sobie jedną ze staromodnych sukienek do kolana, do tego fartuch. Pewnie robiła obiad, bo po domu roznosił się wspaniały zapach.
- Chciałam po prostu się przywitać - szatynka cmoknęła w policzek swoją matkę - i poinformować, że wróciłam. To jest Laura - dziewczyna wskazała na mnie.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się lekko i podałam kobiecie rękę.
Uścisnęła ją.
- Witaj, słońce.
Przypominała mi taką dobrą i ciepłą babcię z różnych opowiadań dla dzieci. Na samą myśl o dzieciństwie na moją twarz wstąpił smutny uśmiech.
- Mamo, pójdziemy na górę. Niechcący wrzuciłam Laurę do stawu w parku.
- Czemu mnie to nie dziwi?
Roześmiałam się.
- W sumie, trafił swój na swego. Mam podobnie do Natalie - powiedziałam ciepło.
- Chodź już - szatynka pociągnęła mnie dość mocno za ramię w jakichś drzwi - tu jest łazienka. Za chwilę przyniosę ci jakąś sukienkę. Tutaj jest suszarka - wskazała mi urządzenie - lepiej ty je podłącz, bo zaraz znowu coś sknocę i tym razem na serio cię zabiję.
- Wątpię, żeby to było możliwe.
- Oj, uwierz.
Czemu w jej towarzystwie nie mogę przestać się uśmiechać?
Weszłam do łazienki i podłączyłam suszarkę do kontaktu. Ustawiłam na najniższy poziom suszenia i zaczęłam suszyć włosy.
- Proszę - koleżanka położyła na sedesie ubranie - powinno na ciebie pasować.
- Dzięki.
- Ja też dziękuję. Szczególnie za wyrozumiałość. Wiele osób w naszym wieku nie rozumie, że to nie jest wina Patricka, że ma downa. Szkoda mi go trochę, bo w szkole go wyśmiewają, ale nauczycielka co raz częściej zwraca im uwagę. Sytuacja się trochę poprawiła.
- Przykro mi - powiedziałam cicho.
- Nie masz za co. To nie twoja wina.
Między nami zapadła cisza.
- Daj, pomogę ci - Natalie szarpnęła suszarkę i delikatnie przebierała moimi włosami.
- Przepraszam, że o to zapytam, ale... Gdzie wasz ojciec?
Westchnęła.
- Sama chciałabym to wiedzieć. Narobił nam rachunków i zwiał z kochanką. Pewnie za granicę. Teraz zabawia się z pierwszą lepszą prostytutka, zdradzając obecną partnerkę.
- Nienawidzę takich osób.
- Ta, ja też nie.
Później przebrałam się, a dziewczyna zaplątała mi włosy z warkocza.
Po jakimś czasie zeszłyśmy na dół, zawołane przez jej matkę. Zjedliśmy przepyszny obiad oraz zajęłyśmy się trochę Patrickiem, który nabrał już do mnie zaufania.
Nie wierzę, jak ludzie tak mogą. Rzadko, naprawdę rzadko spotyka się rodziny aż tak kochające się. Ich matka zaharowuje się, zarabia pieniądze, aby mogli przeżyć.
- Przydałaby się Patrickowi opiekunka - westchnęła Natalie - niedługo wakacje, a ja chcę pomóc mamie zarabiać na letniej pracy.
Zastanowiłam się.
- A jeżeli znalazłabym kogoś, kto jest bardzo tolerancyjny i kochany dla ludzi, a pracowałby za bardzo małą stawkę?

~*~

Dopiero wieczorem wróciłam do domu. Spędziłam z rodziną McGeorgów miło dzień.
- Gdzieś ty tak długo była? - spytała Vanessa opiekuńczo.
- Spokojnie. Nikt mnie nie zabił, nie pokaleczył. Żyję.
- Skąd masz tą sukienkę i kto ci zrobił fryzurę? - spytała Rydel.
Wow, jacy spostrzegawczy.
- Od nowej koleżanki. No właśnie, mam sprawę do Kelly - znalazłam wzrokiem obecną przyjaciółkę - prawda, że kochasz dzieci?

******************************

Cześć :)
Nowy rozdział. Nie jest zbyt dobry, ale mam naprawdę niewiele weny. Ale postaram się, aby następny był lepszy ;)
Bez rozpisywania się, komentujcie!

I przypominam o wpadaniu :

www.rossandlaura-another.blogspot.com


Do następnego :)



sobota, 17 maja 2014

Rozdział dwudziesty piąty

Od razu rozpoznałam głos osoby, która to krzyknęła. Odwróciłam się do niego z lekkim ociąganiem.
Ross zeskoczył z drzewa i stanął zaledwie kilka kroków ode mnie.
- Teraz ja mam cię na muszce - uśmiechnął się złośliwie.
- Jakoś się ciebie nie boję - powiedziałam zgodnie z prawdą, obserwując z uwagą każdy jego ruch.
- Moim zdaniem powinnaś.
Zrobił krok w moją stronę, a ja się o ten krok cofnęłam, nie pozwalając na bliższy dystans. Bawiliśmy się w kotka i myszkę. On kilka kroków do przodu, ja kilka kroków. Nagle poczułam, że opieram się o chropowaty pień drzewa, a oddech mi przyspieszył. Ross znowu uśmiechnął się szeroko, nie zwalniając. Stanął tak blisko, że nasze oddechy prawie się zmieszały.
Swoim ciałem opierał się o moje nie umożliwiając mi szerokiego zakresu ruchu.
- Dalej uważasz, że nie powinnaś zacząć panikować? - poczułam jego ciepły, miętowy oddech.
- Tak - uśmiechnęłam się promiennie - dalej tak uważam.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - zrobił "brewki" na co prychnęłam śmiechem.
- A ja wiem! - krzyknęłam i natychmiastowo strzeliłam mu prosto w twarz wodą z pistoletu.
Blondyn zdezorientowany i orzeźwiony zimnym strzałem, cofnął się do tyłu, więc mogłam zacząć uciekać. Biegłam w stronę zagłębienia w las, co chwilę odwracając się do tyłu.
- Ja ci pokażę! - usłyszałam jego krzyk odbity przez echo.
Zachichotałam pod nosem i nie zwolniłam biegu.
- Laura, i tak cię znajdę! - roześmiałam się na jego słowa.
Dosłownie, dostałam głupawki. Nie mogłam przestać się śmiać. Łapałam się za brzuch i straciłam przez to równowagę. Runęłam na szczęście na kupkę liści, a to zdarzenie skomentowałam większym wybuchem śmiechu.
- Przez ciebie boli mnie brzuch! - echo odbiło mój krzyk.
Mój śmiech także odbijał się echem po całym lesie. Kurcze, jakby ktoś niewtajemniczony wszedł do lasu, to śmiała się hiena, nie ja. Po chwili usłyszałam też śmiech Ross'a.
- Ale ja nic nie zrobiłem!
Wstałam i prędko otrzepałam się z liści. Schowałam się za drzewem i obserwowałam przyjścia chłopaka.  Nigdzie go nie widziałam, za to kilka razy słyszałam szelest za swoimi plecami.
- Kuku - wyszeptał mi blondyn do ucha i złapał na ręce.  Zaczął iść przed siebie.
- O Boże. Możesz się tak nie skradać? Uważam, że jestem za młoda, by już umierać! - wygarnęłam mu.
Jego ciało zatrzęsło się ze śmiechu.
- Postaw mnie na nogi - poprosiłam grzecznie.
- Nie - uciął krótko.
- Ross!
- Nie ma mowy.
Warknęłam sfrustrowana i walnęłam go pięścią w plecy.
- Boże, dziewczyno, co ty dziś rano jadłaś?
- Sok z gumijagód, może być? - warknęłam wściekła upierdliwością chłopaka - a tak w ogóle, to gdzie my idziemy?
Próbowałam się jakoś przekręcić i coś zobaczyć, ale bez skutku.
- Prosto przed siebie.
- Idziemy na plac, prawda?
Poczułam, że Lynch kiwa głową.
- Ale wiesz, że plac jest po drugiej stronie? - spytałam go, jak kulturalnie przystało.
- Na pewno nie masz racji.
- Zgubiłeś się, prawda?
- Nie - uciął temat, ale po kilku minutach spaceru już nie był taki pewny siebie.
- Postaw mnie, to może razem coś wykombinujemy.
Ross westchnął i w końcu spełnił moją prośbę.
- No to Wszystkowiedząca Królowo, gdzie mamy się kierować? - spytał z sarkazmem.
- A ja wiem? Nie powiedziałam, że to wiem, ale we dwójkę mamy większe szanse zrobić coś pożytecznego, a na twoich plecach miałam z tym lekki problem - posłałam mu mordercze spojrzenie.
Gdyby wzrok umiał zabijać, Lynch leżałby już w grobie.
- Musimy zawrócić i szukać strzałek na drzewach, inaczej nie możemy. Chyba - zawahałam się.
Wzruszył ramionami.
- Może i masz rację.
- A tak w ogóle...
- Mm? - odwrócił się w moją stronę.
- To! - krzyknęłam i rzuciłam w niego balonem z farbą - WYGRAŁAM! Wygrałam! W-y-g-r-a-ł-a-m!
Odtańczyłam swój taniec zwycięstwa.
- Będziesz mi winny jakąś przysługę - uśmiechnęłam się do niego promiennie.
- Skoro i tak nie mam wyjścia - pociągnął mnie za rękę w stronę, w którą mieliśmy iść - ale dobrze, że to ty, a nie na przykład Aileen. Stała się jakaś... dziwaczna. To złe określenie, ale nie mam pomysłu na inny.

~*~

- No w końcu się znaleźliście! - wykrzyknęła Rydel - gdzie tak długo byliście?
- No cóż - mruknęłam - Ross postanowił pobawić się w lasoznawcę i pójść w błędną stronę, niż trzeba.
- Daj spokój - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i dał mi kuksańca w bok - przecież wróciliśmy.
- Nie zapominaj, że dzięki mnie - popatrzyłam na niego zarozumiale.
Chłopak też na mnie spojrzał i patrzyliśmy się na siebie dość długo, ale ktoś na przerwał.
Aileen chrząknęła, wybudzając mnie z 'transu', a Rocky zadał normalnie piękne pytanie:
- Czy my wam nie przeszkadzamy?
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Tak, bardzo - powiedziałam uśmiechnięta - za karę nie dostaniesz żelków.
- Ej - mruknął zawiedziony.
- Dobra, wsiadajcie do aut. Wracamy - rzekła Vanessa, a wszyscy spełnili jej prośbę.
- Ja prowadzę! - krzyknęłam głośno i zanim ktoś zdążył się zorientować, wsiadłam na miejsce kierowcy - no to co, kto zaryzykuje i nie boi się mojej jazdy?

~*~

- Wspaniały dzień - jęknęłam, rzucając kluczyki na stolik i wwalając się jeszcze w kurtce na kanapę Lynchów - po prostu znakomity.
- A jakże inaczej - powiedział Rossy - każdy chciałby, abym to ja zrobił jego zadanie.
- A szczególnie Aileen - mruknęłam - nie bądź taki pewny siebie, Lynch. A jeśli powiem, że ty byłeś ostatnią parówką do schwytania?
- Parówką? - zmarszczył brwi.
- Parówką - potwierdziłam.
- Uważaj, ona uwielbia te słowo - ostrzegła do Vanessa - szczególnie mówić je osobie, której chce dopiec.
- Cicho - rzuciłam w siostrę poduszką, ale w porę się uchyliła, więc trafiłam prosto w twarz Rocky'emu - po prostu miałam taki głupi sen, że Ross'a złapał jakiś pijak i wrzucił go jak parówkę na grilla.
- Jak on się na tym grillu zmieścił? - Riker nie załapał.
- Grill był dachem jego tira. Choć nie wiem, skąd taki brudny pijak może mieć tira, ale pomińmy ten fakt.
Rydel zachichotała.
- Nie ma to jak usmażyć Ross'a. A w sumie wiesz? Podsunęłaś mi super pomysł. Teraz, gdy któryś mnie wkurzy, to usmażę go na grillu. Jak parówki.
Podskoczyła i zaklaskała w dłonie jak mała dziewczynka.
- No wiesz co Laura? - spytał z wyrzutem Ellington - teraz będę się bał wyjść z pokoju.
- No to fajnie. Będzie więcej żelków dla mnie - posłałam mu promienny uśmieszek.
Obaj z Rocky'm spojrzeli na mnie morderczo, na co się zaśmiałam. Nagle poczułam wibrację w kieszeni. Dzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Cześć, Lau - w komórce usłyszałam głos Simona.
- No cześć - powiedziałam niepewnie - coś się stało?
- Nie. To znaczy tak. To znaczy...
- Daj mi to - usłyszałam stłumiony głos Jasona - cześć, Laura. Simon chciał ci powiedzieć, że procedury poszły szybciej, niż podejrzewaliśmy. Wytwórni podobały się twoje piosenki i zrobili to najszybciej, jak potrafili.
- Czyli co zrobili?
- Twój krążek trafi już jutro na półki sklepów.

*********************************************

Cześć wszystkim :)
Rozdziału dawno nie było (prawie miesiąc :o), ale miałam mało czasu (dużo nauki, szczególnie pytań do bierzmowania... masakra) i jakiś brak weny. Ten rozdział pisałam z chyba dwa tygodnie. Codziennie coś dodawałam i w końcu powstało to okropne coś. Nie bądźcie źli, ale wiecie, jak jest. Niedługo koniec roku, egzamin (Boże, ratujcie! ja chyba tego nie zdam!) z religii i w ogóle.
Następny pojawi się szybciej.
Wy życzcie mi powodzenia, żebym zdała ten pieprzony egzamin, a potem już będzie luz. :)
Pozdrowionka, xx ♥