czwartek, 25 września 2014

(II) Rozdział siódmy

Dedyk dla Gosi Kożuch =)

Bo w teat­rze życia, nie ma prób, od ra­zu przechodzi­my do przed­sta­wienia swo­jej ro­li, mi­mo bra­ku sce­nariu­sza na przyszłość. 


*Dwa tygodnie później*

Dziś nadszedł czas mojego wypisu. Nie musiałam już dłużej tu leżeć, wszystko było w porządku (bynajmniej nie z moim umysłem, który, mimo wypadku i tego wszystkiego, nadal jest jakiś upośledzony), mogłam po prostu wrócić do domu i do normalnego życia. Jasne, musiałam trochę odpocząć od codziennego koncertowania, a do busu pewnie też wsiądę z wielkim ociąganiem za kilka miesięcy, ale postanowiłam trochę podgrzać karierę i powystępować w jakiś programach muzycznych czy talk-showach. Oczywiście, moje życie osobiste szło w odstawkę, nie mam zamiaru nic mówić oprócz o swojej karierze i muzyce.
Amanda, ta od Rocky'ego, nie pojawiła się już ani razu. Nie dziwię się jej. Gdy tylko tu przyszła, wszyscy na nią tak napadli, a do tego spotkała swoich starych znajomych, z którymi , chce czy nie chce, ma wspólną przeszłość. Nie wzięłam od niej numeru telefonu ani niczego, więc nie miałam się jak z nią skontaktować, ale jeżeli mamy się jeszcze kiedykolwiek spotkać, na pewno się to stanie.
- Pomóż mi, Laura - zaczęła marudzić Vanessa i rzuciła kolejną gazetką na ziemię.
Leżała na moim łóżku szpitalnym i przeszukiwała strony w błyskawicznym poszukiwaniu odpowiedniej sukienki na jakieś rozdanie nagród, gdzie zostaliśmy wszyscy, całą grupą, zaproszeni.
Westchnęłam ciężko i wstałam z łóżka, aby podnieść stertę gazetek modowych. Miałam już dość dzisiejszego dnia, a dopiero się zaczął. Nie dość, że ta wredna jędza jęczy mi nad uchem, to do tego lekarz się spóźnia, a ja nie mogę się doczekać powrotu do domu.
- Ta jest ładna - powiedziałam, nie patrząc nawet na stronę.
- Mówisz to już dwudziesty pierwszy raz z kolei - powiedziała zdenerwowana i zaczęła znów szeleścić kartkami - ona musi być idealna. Taka, żeby się spodobała... - nagle umilkła, a ja spojrzałam na nią uważnie.
Nawet fakt, że jesteśmy siostrami nie popchnął nas do tego, abyśmy się sobie żaliły, kto nam się podoba. Ostatnim moim zauroczeniem był Bobby i mam nadzieję, że już nigdy na takiego kretyna nie trafię. On pobił nawet Rocky'ego i Ell'a razem wziętych, a to nie lada wyzwanie.
- Vanessa, komu ma się spodobać twoja sukienka?
- Nikomu - odparła szybko, zbyt szybko, a potem schowała twarz w poduszce - tylko mi - wymamrotała niewyraźnie.
- Znam cię lepiej, niż ty sama siebie, więc lepiej gadaj, albo pożałujesz - starałam się brzmieć twardo, ale nie mogłam opanować śmiechu.
- Przecież powiedziałam, że nikomu - prychnęła, ale nie brzmiało to ani trochę przekonująco.
- A może chodzi o Rikera? - spytałam chytrze, a ona drgnęła, a po kilku chwilach odwróciła się w moją stronę z wypiekami na twarzy.
- O tego pacana? Nie ma mowy. No coś ty, nawet tak nie myśl - gadała coś bez ładu i składu, więc wiedziałam, że trafiłam w samo sedno.
Przysiadłam się koło niej i spojrzałam na sukienkę, której uważnie się przyglądała.
- Jego ulubionym kolorem jest niebieski i woli dłuższe sukienki - powiedziałam, co pamiętałam.
- Skąd wiesz?  - spytała mnie zdziwiona i już nie starała się udawać, że to nie chodzi o najstarszego chłopaka z Lynchów.  Zbyt dobrze ją znałam.
- W porównaniu do ciebie, ja słucham, co ludzie do mnie mówią - zachichotałam, a ona w odwecie uderzyła mnie poduszką - nie, poważnie. Mówił mi kiedyś, a Rydel to potwierdziła.
Kiwnęła głową i znowu zanurkowała w kolejnych gazetach.  Westchnęłam i w tym samym momencie go sali wszedł mój lekarz prowadzący.
- Więc, pan... Lauro - poprawił się.
Od tych dwóch tygodni walczyłam z tym mężczyzną, żeby nie mówił do mnie po nazwisku albo "panienko" i chyba w końcu, kiedy wychodzę, się tego nauczył.
Przyjął też do siebie fakt, że powiedział mi o swojej córce. Może mu ulżyło, może nauczył się z tym żyć. Nie wiem.
- Chyba nie możesz się już doczekać, aby stąd wyjść.
Kiwnęłam głową i oboje nagle spojrzeliśmy na moją siostrzyczkę,gdy warknęła sfrustrowana i rzuciła kolejną gazetką o ścianę. Chyba nawet nie zauważyła jego przyjścia.
Spojrzał na mnie ze współczuciem i kontynuował.
- Proszę tylko tu o twój podpis i twojej siostry. Czy ona naprawdę jest pełnoletnia?
- Tak. Ale też zakochana.
- Więc to wiele wyjaśnia - uśmiecha się do mnie ciepło - przyniosłem też ci leki, które masz brać po wyjściu ze szpitala. I oszczędzaj się, bo skutki mogą być poważne.
- Dziękuję panu - odwzajemniam jego gest i wstaję na równe nogi, poprawiając fałdę na sukience, którą mam na sobie. Tak bardzo tęskniłam za moimi ubraniami.
Podchodzę do niego i obejmuje go lekko. On także łapie mnie za plecy. Przez ten mój czas leżenia tutaj był dla mnie bardzo miły i wyrozumiały dla moich nadpobudliwych przyjaciół.  Traktuje go jak ojca, którego, krótko mówiąc, nie mam.
- Jeszcze raz dziękuję - uśmiechnęłam się szeroko do niego - a teraz, jeśli pan pozwoli, muszę wziąć swojego pupila i zabrać go ze sobą do domu, bo kiedy się ocknie, będzie środek nocy i narobi mnóstwo zamieszania.
- Jasne - kiwnął głową i roześmiał się widząc, jak podchodzę do Vanessy i ciągnę ją za bluzkę w kierunku stołu, aby podpisała w końcu ten świstek, abym mogła w końcu wyjść.
Kiedy na mnie spojrzała wydawało mi się, że wyszła dopiero z modowego transu. O matko, dobrze, że ja taka nie jestem.
Już po dziesięciu minutach byłyśmy przed szpitalem. Poranne, rześkie powietrze chlusnęło mnie w prosto w twarz, zaczęłam też się trząść z zimna. Jestem idiotką, bo nie zostawiłam na wierzchu żadnej bluzy.
- Van, gdzie oni są?
Wzruszyła ramionami i podeszła do kosza, wyrzucając całą kupę gazetek z ofertami ubrań.
- Zadzwonię do nich - mruknęła i wyciągnęła z kieszeni swój telefon.
Gdy już miała wcisnąć zieloną słuchawkę, pod budynek podjechało znajome auto, a od strony kierowcy wysiadł Riker. Nawet z daleka słyszałam, jak na jego widok Ness'ie zabiło mocniej serce. Zakochana idiotka. Też bym chciała mieć taką osobę.
- Cześć, przepraszam za spóźnienie - powiedział blondyn i wziął ode mnie cały bagaż, a potem spakował go do bagażnika - Rocky, kretyn, nie wierzył, że jak się wrzuci mentosa do coli, to wybuchnie, więc próbował to zrobić. Wybuchło i cały pokój jest teraz mokry.
Wybuchnęłam śmiechem.
- No cóż, chociaż raz masz sensowne wytłumaczenie - odparłam rozbawiona i wsiadłam na tylne siedzenie samochodu. Czekało mnie duże zdziwienie, gdy powitał mnie szeroki uśmiech Ross'a, który na wstępie odwzajemniłam - cześć, co tu robisz? - wyszeptałam cicho i zerknęłam na okno, za którym siostra gadała z najstarszym z członków R5.
- Też mi miło cię widzieć - odparł z sarkazmem - Riker pewnie opowiedział całą historię, więc nie mam nic do powiedzenia oprócz tego, że nie palę się do sprzątania salonu.
Przytuliłam go do siebie, a potem, gdy nasze rodzeństwo wsiadło do auta, Ross złapał mnie za dłoń. Był bardzo ciepły i miły, i bezpieczny. Czułam się przy nim bezpiecznie i tylko to się liczyło, prawda?
Nawet gdy byliśmy już na miejscu i wysiadaliśmy, ani na chwilę mnie nie puścił. To naprawdę miłe uczucie i pokochałam je od razu.

~*~

*Amanda*

- Więc, Jake, powiedz mi o sobie coś, czego o tobie nie wiem.
Jacob wybuchnął szczerym, serdecznym śmiechem i poklepał mnie po ramieniu. Nie ma co mówić, przez te dwa tygodnie spędzania z nim prawie każdej wolnej chwili, zaprzyjaźniliśmy się. Na pewno to było za dalekie do miłości i pragnienia swojej bliskości, ale byliśmy na dobrej drodze i to się liczyło.
- Mnóstwa rzeczy o mnie nie wiesz - odpowiedział rozbawiony - uwielbiam rollercoaster i jazdę na nartach.
- Naprawdę? - spytałam zaskoczona - musisz mnie kiedyś zabrać do wesołego miasteczka!
- Na pierwszą, poważną randkę?
Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie przeszkadzało mi to, że się starał, wręcz przeciwnie, ale to było dziwne uczucie. Na samą myśl o randce z nim motyle zaczęły mi latać w brzuchu.
- Jasne - uśmiechnęłam się lekko - ale proszę, jeżeli spotkamy kogoś znajomego, to mnie chowasz i zwiewamy.
Opowiedziałam mu całą historię o Lynchach. Nie miałam zamiaru kłamać. Chciałam iść tyle razy do Laury, poznać ją trochę lepiej, zwłaszcza, że jest moją idolką i mogłam jej już nigdy w życiu nie spotkać, ale bałam się, że znowu spotkam Rossa albo nawet gorzej - Rocky'ego. Moje serce nie zniosłoby jego widoku, tym bardziej miziającego się z jakąś królewną.
Moje rozmyślania przerwał jego pocałunek na moim policzku. Zaskoczona, przytuliłam go mocno do siebie i nie chciałam puścić. Potrzebowałam go, był moim najlepszym przyjacielem.
Naszą najbardziej intymną i szczerą scenę od samego początku naszej znajomości, przerwało pukanie do drzwi. Oderwałam się od niego, a purpurowe plamy oznaczające moje zawstydzenie wylazły na policzki.
- Proszę - powiedziałam głośno, a do pokoju weszłam Sarah, moja domowa nauczycielka - cześć, Sa.
Dziewczyna nie była zdziwiona naszym widokiem razem, spotykała nas tak dzień w dzień.
Postawiła swoją wypakowaną torbę na krzesło przy biurku i wyciągnęła ze środka kilka książek na dziś.
- Cześć, Des. Jacob, możesz wyjść? - spytała łagodnie.
Chłopak kiwnął tylko głową i skierował się ku wyjściu.
- Przygotuj się na dziś wieczór, Amanda.
Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się do niego. Po chwili zniknął za drzwiami, a Sarah odnalazła mój rozmarzony wzrok.
- Dobra, amorku, zaczynamy dziś od chemii, kochaniutka - roześmiała się swoim charakterystycznym śmiechem, a ja schowałam twarz w poduszce. Nie cierpię chemii!

********************************************

Nie mam kompletnie weny :( Chyba się powieszę...
Ale plus tego krótkiego rozdziału jest taki, że next pojawi się szybciej, bo na pozostałe dwa blogi mam więcej weny :)
Właśnie, zapraszam na nie :]

Miłość jest jednooka, ale nienawiść jest całkiem ślepa <klik>
Czasami coś w nas umiera i nie chce zmartwychwstać <klik>

KOCHAM WAS :)
CZEKAJCIE CIERPLIWIE NA ROZDZIAŁ, OKEJ? I KOMENTUJCIE, TO BĘDZIE JESZCZE SZYBCIEJ :P

wtorek, 9 września 2014

(II) Rozdział szósty

DEDYK DLA KARCI LYNCH! ♥


Nie możesz zmienić przeszłości, ale przeszłość zawsze powraca, żeby zmienić Ciebie. Zarówno twoją teraźniejszość, jak i przyszłość ~Jonathan Carroll

*Amanda*

Kiedy ja siedziałam znudzona i słuchałam bezpodstawnych oskarżeń, mój ojciec kręcił się i na mnie wyżywał.
- Kiedy ty w końcu się nauczysz odpowiedzialności, kretynko - powtarzał się - kiedy w końcu staniesz się posłuszna.
- Czyli taka, jaki ty jesteś? - przerwałam mu.
Spojrzał na mnie z szeroko otwartymi ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał się wysłowić.
- Daj spokój, tato - kontynuowałam - wróciłam trochę później, niż zamierzałam, przepraszam, ale przestań robić ze mnie tę najgorszą. Co, klient nie chciał wam podpisać jakiegoś gównianego świstka?
- Jak śmiesz - warknął i chyba chciał mnie uderzyć, ale w porę pojawił się Jacob.
Złapał go mocno za ramię i nie pozwolił nim ruszyć.
- Spokojnie, proszę pana - powiedział łagodnie - nic takiego się nie stało. Amanda, możemy pogadać?
- Jeśli to konieczne - westchnęłam ciężko i wstałam z kanapy, omijając szerokim łukiem ojca.
Gdy znaleźliśmy się w kuchni, a dość długo nam to zajęło, bo korytarz prowadzący do tego pomieszczenia jest cholernie długi, od razu zauważyłam, że na jego twarzy rysuje się coś na typ zainteresowania, a nie, jak zwykle, cholernej obojętności i oschłości.
- No mów - powiedziałam niemiło, nawet jeśli on nie miał takich zamiarów.
- Chciałem ci powiedzieć, że jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Z charakterkiem, jesteś piękna, dowcipna, inteligentna, szczera i błyskotliwa. Tak, wiem, że nie układało nam się zbyt dobrze, ale moglibyśmy spróbować jeszcze raz, od nowa?
Spojrzałam na niego podejrzliwie i choć jego słowa rozprowadziły rumieńce po moich policzkach, nie miałam zamiaru ot tak, po prostu uwierzyć w każde jego słowo. Od dwóch lat naszej znajomości odezwał się do mnie miło i nie wiedziałam, co nagle stało za jego zmianą.
- Ktoś cię przysłał? - spytałam - masz mnie wrobić czy co? Jest tu ukryta kamera?
Roześmiał się serdecznie, a atmosfera stała się trochę mniej napięta, bo mi trochę ulżyło.
- Spokojnie. Chciałem tylko coś zmienić. Zobacz, od półtorej roku jesteśmy parą...
- Nie z własnego wyboru - wtrąciłam.
Kiwnął głową.
- Nie z własnego wyboru, ale parą. Niedługo ma być ślub. Proszę, postarajmy się jakoś dogadać, a potem wszystko pójdzie szybciej, niż nam się wydaje.
Dość długo przetrawiałam jego słowa, rozpraszał mnie jego nachalny wzrok, ale w końcu, z niemym westchnieniem, kiwnęłam lekko głową.
- Dlaczego... dlaczego tyle czasu byłeś taki... no wiesz...
- Ja taki nie jestem - westchnął głęboko i zaczął się przechadzać - jesteśmy wręcz zmuszeni do tego małżeństwa. Moi rodzice są nieugięci. Miałem nadzieję, że jeżeli będę taki oschły i zimny w stosunku do ciebie, może uda ci się dogadać ze swoimi rodzicami, aby to wszystko odwołali. Potem moglibyśmy najwyżej się spotykać, no wiesz, już bez presji, a jeśliby nam wyszło, wszystko było inaczej. Rozumiesz, prawda? - spytał, spoglądając na moją twarz, na którą padł cień. A potem zaśmiał się takim szczekliwym śmiechem, jakby wcale nie było mu do śmiechu - kto by pomyślał, że masz taki twardy charakterek? Tyle czasu byłem taki w stosunku do ciebie, a ty nie narzekałaś, jasne, uciekałaś z randek - na przypomnienie sobie ucieczki z restauracji na moją twarz wdarł się uśmiech - kłóciłaś się ze mną i droczyłaś, robiłaś mi na złość, ale to z powodu tej całej presji. Ja też mam to samo.
Opuściłam moje ręce luźno, ponieważ wcześniej trzymałam je na biodrach, i uśmiechnęłam się szeroko. Spojrzałam mu w oczy i pocałowałam go w policzek.
- Zastanowimy się, dobra? A teraz może spróbujemy coś wymyślić, żeby jednak nie doszło do ślubu?
Widząc jego minę, wiedziałam, że to dobry pomysł.

~*~

Wciąż nie mogłam przestać myśleć o Rocky'm. Miałam ogromne szczęście, że nie trafiłam na niego w szpitalu, ale zapewne przechadzał się gdzieś po korytarzu z nową dziewczyną, która jest pewnie sto razy ładniejsza i mądrzejsza ode mnie. I ma szczęście. Przez te myśli przez moje serce przeleciała bolesna szpilka. Cierpiałam, myśląc o tym, ale jednocześnie nie mogłam przestać o tym myśleć. Ironia losu, co? Przed oczy wciąż nasuwał mi się obraz Rocky'ego dotykającego i całującego inną dziewczynę. Robił wszystko, co ona chciała. Traktował ją jak księżniczkę. Tak jak mnie kiedyś.
To wszystko przez rodziców. Chcieli się przeprowadzić na drugi koniec miasta, wypisali ze szkoły i zapisali na domowe nauczanie, wręcz zamknęli w domu. Nie mam nawet czasu wyjść porządnie i pójść na długi spacer, sama, bez Jacoba. Jasne, dzięki dzisiejszej rozmowie i naszym planie spojrzałam na niego w lepszym świetle, ale kilka minut nie zmieni lat nienawiści.
Chcąc w końcu skończyć użalać się nad sobą, przeciągnęłam się na łóżku i wstałam. Moje szarawe, gdzieniegdzie porwane dresy zsunęły mi się z bioder, kiedy podchodziłam do szafki z płytami. Miałam naprawdę bogatą kolekcję filmów, a na ścianie dużą plazmę. Mimo, iż mnie nienawidzą i chcą mieć jak najwięcej kasy, dbają o mnie w miarę dobrze.
Miałam sporo płyt z filmami, których nawet nie oglądałam. Włączyłam pierwszy film i od razu go odrzuciłam, bo imię głównego bohatera tej historyjki romantycznej (w prawdziwym życiu nigdy tak nie jest, jak w filmach) było po prostu Rocky. Następny film potraktowałam podobnie - facet miał podobnie brzmiące imię, dokładnie Roiben. Inne, ale tak cholernie podobne. Czemu nie mogę przestać o tym myśleć?!
Na następnym opakowaniu przeczytałam już opis dystrybutora i odetchnęłam z ulgą - żadnych imion na R. Przypomniało mi się nagle, że ten film dostałam od Jacoba. Może byłoby mi weselej, gdyby obejrzał go ze mną? Może, jeżeli nam się nie uda plan, nawiążemy dzięki temu nić porozumienia? Warto spróbować.
Bosymi stopami wyszłam na korytarz i zaczęłam chodzić po naszym ogromnym domu w poszukiwaniu bruneta. Zajrzałam do jego pokoju, kuchni, salonu, prawie do wszystkich pomieszczeń w domu, ale po nim ani śladu. Opakowanie, które wsadziłam sobie za pasek spodenek, obijało mi biodra i powodowało niewielki ból, co kompletnie ignorowałam. No gdzie on jest, do jasnej ciasnej?!
A potem klepnęłam się w czoło. Ulubionym miejscem jego przysiadywania był taras. To najoczywistsze na świecie, Amanda! Nawet ja o tym wiem.
Nie musiałam nic robić, po prostu stanęłam w drzwiach od tarasu i spoglądałam na Jake'a. Siedział odwrócony do mnie tyłem i brzdąkał coś na gitarze. Z jego ust niekiedy wydobywały się pojedyncze dźwięki.
- Umm, Jake?
- Tak? - odwrócił się do mnie, jakby od dawna wiedział że tu jestem; cholera, jakiś jasnowidz?! (to z dedykacją dla ciebie, Izka, haha :D ~od autorki).
- Chciałbyś ze mną obejrzeć, no ten... - wzięłam opakowanie do ręki i przeczytałam tytuł - "O północy w Paryżu"?
Uśmiechnął się szeroko.
- To ta płytka, którą ci dałem na urodziny?
Odwzajemniłam jego gest i nie musiałam nic mówić; on wiedział, że trafił w samo sedno.
- No to jak?

___


*Laura*

- Panie doktorze, naprawdę jest konieczne tak długie leżenie w tym szpitalu? - spytałam, spoglądając na mężczyznę, który pochylał się nade mną i robił coś we włosach - ał! - syknęłam, kiedy coś mnie zapiekło.
- To dla twojego dobra, dziecinko - odpowiedział i zamilkł, więc to była odpowiedź do dwóch moich zdań, jeżeli to drugie w ogóle można nazwać zdaniem.
Westchnęłam przeciągle i poprawiłam się delikatnie na łóżku, kiedy dał mi chwilę swobody. Spojrzałam na stojącego za szklanymi drzwiami Ross'a, który jako jedyny postanowił dziś u mnie zostać. I tak bym nie pozwoliła na to Vanessie - siedzi u mnie całymi dniami, prawie w ogóle nie chodzi na plan i się nie wysypia, może stracić i pracę, i zdrowie, i dobre samopoczucie.
- Czemu mój przyjaciel nie może być teraz tutaj?
Wspomnienie jego ciepłej ręki trzymającej wiecznie moją przyprawiło mnie o przyjemne dreszcze.
- Takie są procedury - mruknął - tylko rodzina może przy tym być.
- A jeśli powiem, że to mój chłopak? - moje brwi poszły ostro do góry.
Lekarz przerwał i spojrzał na mnie sceptycznie.
- To moja córka by o tym wiedziała - powiedział.
- Wie pan, że istnieje takie coś jak prywatność? A może jesteśmy razem i ukrywamy to przed światem, by nie było bezsensownego szumu wokół mnie?
Parsknął śmiechem.
- Dziecinko, widać, że jesteś nowa w tym biznesie. Paparazzi wszystko wyłapią - zauważyłam, że szybko spąsowiał, ale wrócił do poprzedniej czynności - po prostu nic przed nimi nie ukryjesz.
- A pan jakoś dużo zna się na tym, jak na lekarza, nie sądzi pan?
Odwrócił się do mnie tyłem i już wiedziałam, że coś jest na rzeczy.
- No co się stało?
- Moja córka... - przełknął ślinę - no cóż, była kiedyś aktorką, dość sławną, ale nie wytrzymała presji i... tyle. Zabiła się.
Spuściłam wzrok na swoje paznokcie, jakby nagle stały się ósmym cudem świata.
- Tak mi przykro - powiedziałam szczerze - mi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Śmierć każdego w końcu dosięga.
- Ale ona miała dopiero 18 lat - powiedział płaczliwie, a potem wydobył z siebie świszczący dźwięk i wytarł mokre policzki wierzchem dłoni i wrócił do robienia na mnie swoich "czarów-marów".
Nie odezwałam się ani słowem, dopóki nie wyszedł z mojej sali.

~*~

- Co ty powiedziałaś doktorkowi, co? Wybiegł stąd, jakbyś powiedziała mu, że jest jakaś nowa wyprzedaż specjalnie dla lekarzy - zażartował Ross, wchodząc do sali i uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
Nie odwzajemniłam jego gestu. Tępym, bezuczuciowym wzrokiem wpatrywałam się w niewidzialny punkt na ścianie za Ross'em. Nie rozumiałam, jak mogłam tak skrzywdzić tego człowieka nagłą potrzebą bliskości blondyna stojącego teraz przede mną. Przez swoje głupie zachcianki obudziłam w mężczyźnie bolesne wspomnienia i mogę już teraz tego żałować.
- Laura? - podszedł do mnie i pomachał mi przed oczami ręką - jesteś tu ze mną?
Jak za wybudzeniem z magicznego snu, jakie można przeczytać tylko w bajkach, spojrzałam na chłopaka i starałam się uśmiechnąć, ale na pewno, jak znam siebie, wyszedł z tego tylko grymas.
- Nie wiem, może po prostu się spieszył? - powiedziałam nienaturalnie cienkim głosem i zakryłam twarz włosami, aby zakryć napływające rumieńce.
- Laura, ja wiem, że ty dobrze wiesz...
- Ja? Ja nic nie wiem. Daj mi spokój, Ross.
Poczucie winy. Ja też czułam teraz ból w środku. Rodzice. Oni odeszli. Już nigdy ich nie zobaczę.
Po moim policzku popłynęła łza. Starałam się ją zetrzeć, aby Ross tego nie zauważył, ale mi się nie udało.
- Nie dam ci spokoju, jesteś moją przyjaciółką - usiadł na krześle obok łóżka i złapał mnie za rękę - czemu płaczesz, ptaszku?
Nic nie mówiąc, wtuliłam się w niego mocno i zaczęłam płakać jak małe dziecko. On tylko głaskał mnie po plecach z cichym "Cii, wszystko będzie dobrze".
Nic nigdy nie jest dobrze. I oboje dobrze o tym wiemy, Ross.

**************************

Witam wszystkich :)
Krótko : dziękuję za komentarze i komentujcie, znowu :D

 PRZYPOMINAM :
CZYTASZ = KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ.

Lecę, bo mój pies chce iść na dwór. Tak jak obiecywałam, Szanell ♥

niedziela, 17 sierpnia 2014

(II) Rozdział piąty

- Ona się chyba budzi... Czy ona...? O Boże...! Chyba trzeba... - słyszałam wokół siebie szum i głos, którego nie mogłam zidentyfikować. A raczej kilka głosów.
Z ogromną trudnością zamrugałam kilka razy powiekami, a potem szybko je zamknęłam, porażona bardzo jasnym światłem. Podniosłam rękę i przyłożyłam ją sobie do oczu, starając się je osłonić. Znowu ponowiłam próbę otworzenia oczu i poruszyłam się niespokojnie. Szybko zorientowałam się też, że nie mogę ruszać nogą.
- Doktorze! - usłyszałam głośniejszy, bliższy damski okrzyk i trzaśnięcie drzwiami.
Po kilku próbach udało mi się otworzyć oczy na dłużej, niż dwie sekundy. W pomieszczeniu był Ross, Rydel oraz Mary. Osobą, która wybiegła, była pewnie Vanessa.
- Witaj wśród żywych - uśmiechnął się chłopak.
Porozglądałam się dookoła. Wszystko było białe i domyślam się (brawo, Laura!), że jestem w szpitalu. W ekspresowym tempie zaczęły mi wracać wspomnienia sprzed kilku.. godzin? dni? tygodni? Ile tu tak leżę?
Spojrzałam znów do przodu i zobaczyłam ogromny gips na swojej nodze. Znów poruszyłam się niespokojnie i poczułam przeszywający ból w skroniach. Syknęłam; dotknęłam głowy i poczułam wilgotny materiał pod palcami.
- Co...? - nie musiałam kończyć pytania, aby wiedzieli, o co mi chodzi.
- Mieliśmy wypadek - wyjaśniła Mary - można powiedzieć, że ledwo żyjemy, ale dziękujmy Bogu.
Lekko zdekoncentrowana spojrzałam na przyjaciółkę i zobaczyłam, że sama nie była w najlepszym stanie. Miała złamaną rękę, co można było wywnioskować po gipsie, oraz mnóstwo zadrapań i siniaków. Na nodze miała owinięty niedbale bandaż.
- Gdzie jest reszta? - spytałam zachrypniętym głosem.
- Wszyscy mają się dobrze - pocieszyła mnie Rydel, uśmiechając się ciepło - miałaś najgorzej z całego zespołu, ale szczęście, że wszyscy żyjecie. Dopiero teraz wybudziłaś się ze śpiączki.
Zmarszczyłam brwi.
- Ile tak spałam?
Rydel i Ross wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia.
- Prawie dwa tygodnie.
Z przyzwyczajenia złapałam się za głowę i od razu tego pożałowałam. Ból przecinał mnie wskroś. Do pomieszczenia wszedł nagle lekarz w białym kitlu, a obok niego rozpromieniona Vanessa. Mężczyzna widząc mnie uśmiechnął się ciepło i podszedł do mnie trochę bliżej. Widząc grymas na mojej twarzy lekko się zaniepokoił.
- Boli - wyszeptałam niewyraźnie i wskazałam na głowę.
- Siostro! - krzyknął lekarz, a kobieta zjawiła się o wiele szybciej niż on.
Była młoda, zapewne nie miała więcej niż 25 lat. Zastukała ze zdenerwowania butami i podeszła do mnie szybko, aby podać mi lek. Ulga rozeszła się po moim ciele prawie natychmiast.
- A więc - zaczął siwowłosy mężczyzna, a pielęgniarka niepostrzeżenie zniknęła za drzwiami - jak się czujemy, pani Marano?
- Laura - skróciłam - a ja mogę się czuć? Bez obrazy doktorze, ale dopiero co się wybudziłam ze śpiączki, a wcześniej miałam wypadek. Jak mogę się czuć dobrze? Aktualnie nic mnie nie boli, ale chociażby najmniejszy ruch sprawia mi problem.
- Cóż, ma panienka charakterek - spojrzał znacząco na moją siostrę.
- Widzi pan, nie kłamałam - odpowiedziała i dumnie wypięła pierś.
- Laura poleży tu sobie ze dwa tygodnie, może miesiąc - powiedział, ignorując jakże dojrzałą Van - mogą wystąpić drobne komplikacje, zaniki pamięci, pourazówki po wypadku. Normalne rzeczy. Gdyby pani czegoś potrzebowała - teraz zwrócił się bezpośrednio do mnie - proszę wcisnąć ten czerwony guzik wbudowany w łóżko - wskazał mi palcem odpowiednie miejsce - włączy się u nas ostrzeżenie i szybko ktoś przyjdzie.
Pokiwałam delikatnie głową i westchnęłam głęboko. Lekarz kiwnął na wszystkich głową i wyszedł z pomieszczenia. Próbowałam się podnieść, aby poprawić sobie poduszkę, która od dłuższego czasu zaczęła mnie uwierać w plecy, ale poczułam ciepłą dłoń Ross'a na mojej dłoni.
- Pomogę ci - powiedział spokojnie.
- Dzięki - odchyliłam kąciki ust w uśmiechu, ale pewnie bardziej wyszedł z tego kolejny grymas - a gdzie reszta, tak w ogóle?
Jakoś to, że tak po prostu sobie poszli i mój stan ich obszedł było nie do zniesienia. Może to w deka egoistyczne, ale tak po prostu jest.
- Dove poszła z Luke'iem , Rylandem i Rikerem coś zjeść do kawiarenki, Simon miał iść do toalety, a Jason z Matt'em po kawę do automatu - wyliczała Vanessa - a Rocky, Kelly, Ell i Raini z Calumem poszli się czegoś więcej dowiedzieć o twoim stanie, ale pewnie też zatrzymają się, aby coś zjeść z pozostałymi.
- A co z resztą po wypadku? - zadałam kolejne pytanie.
- Jakoś tu stoję - zażartowała Mary - wszyscy mają się dość dobrze. Jasne, dużo ranek, siniaków, zadrapań, ja mam złamaną rękę, a Simon nogę, ale tak to dobrze.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Mój magnez działa - wyszeptałam - nie wiecie może, co się dzieje z Natalie?
- Nie przyszła ani razu do szpitala - powiedziała smutno Rydel - nie wiem, może ma jakieś problemy? Nic nigdy nie wiadomo. Nie mamy z nią kontaktu, a jej matka zwolniła Kelly z funkcji niańki Patrick'a.
- Och - wympsnęło mi się z ust i opadłam bezwładnie na właśnie poprawioną przez Ross'a poduszkę.
- Panno Marano? - do pokoju wszedł jeszcze ten sam lekarz, co był tutaj niedawno - w odwiedziny przyszła jakaś dziewczyna, przedstawiła się jako Amanda Thompson. Wpuścić ją?
- Amanda? - wyszeptałam pod nosem - czy ja znam jakąś Amandę?
- Pewnie jakaś kolejna namolna fanka - powiedziała Vanessa.
- Kolejna? - spojrzałam na nią zdziwiona.
- A co ty myślałaś? Wiadomość o twoim wypadku rozniosła się tempem błyskawicy. Przychodzą tutaj tysiące fanów i pytają się, czy mogą wejść. Nawet pod szpitalem jest ich spora grupka, protestująca przeciwko niewpuszczaniem ich do ciebie - machnęła tylko ręką.
- To...? - spytał doktor, nie wiedząc, co czynić.
- Wpuścić ją / nie wpuszczać jej - powiedziałyśmy jednocześnie z siostrą.
Spojrzał na nas zdezorientowany i sam pewnie nie wiedział, której ma się posłuchać.
- Ja mówię, żeby ją tu wpuścić - powiedziałam hardo i ponownie poruszyłam się niespokojnie na łóżku.
Czy ja nie mam żadnych robaków? A może wszy?
Mężczyzna skinął głową i znowu zniknął za drzwiami. Vanessa posłała mi karcące spojrzenie, ale ją zignorowałam.
Po kilku sekundach, niepewnym krokiem, na salę weszła młoda dziewczyna. Miała na sobie brązowy, lekko rozciągnięty sweterek, czarne jeasny rurki, na nogach fioletowe trampki, a czarne włosy zaplecione w ciasnego warkocza położone na boku ramienia. Czarna, skórzana torba lśniła od jasnego światła w pomieszczeniu. Porozglądała się niepewnie wokół i pewnie nadal się zastanawiała, po co tu w ogóle przyszła. Potem jej wzrok poszedł na Ross'a, aby szybko go z niego spuścić i spojrzała na mnie. Zasłoniła twarz od strony mojego przyjaciela i widziałam, że miała nadzieję, że nie wie, kim jest.
- Amanda?!

AMANDA 

Cholera. Poznał mnie.
Zignorowałam kompletnie głos Ross'a i z małym, nieśmiałym uśmiechem podeszłam do Laury. Nie znałam jej bliżej, byłam jej fanką prawie od samego początku i tak naprawdę nie wiedziałam, co mnie tchnęło, aby tu przyjść. Chęć, aby ją zobaczyć? Chęć, aby spróbować ją wesprzeć, choć tak naprawdę byłam dla niej nikim? Chęć, żeby wyrwać się z domu, a nie miałam gdzie się podziać?
Odkąd uciekłam z randki z Jacobem, on sam i moi rodzice mają do mnie wielki żal. A co mnie to? Kabanosem im przywalę w łeb i może coś tam im wleci - JA GO KOMPLETNIE NIE KOCHAM!
- Umm... cześć - wyszeptałam niepewnie.
- Amanda, to naprawdę ty? - zamiast słyszeć odpowiedź Laury, słyszę podniesiony, podniecony głos Ross'a.
- Nie, to nie ja - odparłam z sarkazmem i odwróciłam się szybko, czego od razu pożałowałam.
Zawsze to mówiłam. Teraz już na stówę wie, że to ja. Westchnęłam cicho.
Dziewczyny będące w tym pokoju patrzyły na nas zaciekawione.
- Rydel, nie poznajesz jej? To Amanda, nasza Amanda! - wykrzyknął zadowolony i podbiegł do Delly, aby zacząć szarpać ją za ramię - to naprawdę ona! Nasza Destiny!
- Ross, uspokój się - Rydel jak zawsze opanowana - widzę, że to nasza Destiny, ale mógłbyś nie robić przedstawienia przed naszymi siostrzyczkami?
Chłopak się zarumienił i uśmiechnął słodko do Laury. Kiedyś i mnie obdarowywał takimi uśmiechami. Kiedyś, dopóki ich nie porzuciłam.
- Ale skoro już zaczął robić przedstawienie - pierwszy raz od mojego przyjścia odezwała się moja idolka - to może byście mi, przepraszam, nam wytłumaczyli, o co chodzi.
Blondynka posłała swojemu bratu mordujące spojrzenie.
- Hmm... no cóż, jeszcze dwa lata temu Amanda była bliską przyjaciółką rodziny - wytłumaczyła Rydel - ale niestety, nasze drogi się rozeszły.
Laura zmarszczyła czoło.
- Była waszą bliską przyjaciółką, a ja nawet nie wiedziałam o jej istnieniu? Co ze mnie za fanka?
Prychnęłam śmiechem i schowałam twarz w dłoniach, wciąż się śmiejąc. To było silniejsze ode mnie.
Nie tylko ja się śmiałam. Wszyscy obecni wybuchnęli śmiechem.
- Cóż, nienawidziłam być w centrum uwagi - odezwałam się cicho, uspokajając się i doprowadzając do porządku - nie chciałam, żeby i mnie potem atakowali paparazzi.
Laura pokiwała głową ze zrozumieniem i resztką sił pogłaskała mnie po ramieniu.
- Co się z tobą działo przez te trzy lata? - spytał mnie Ross.
Odwróciłam się w jego stronę i popatrzyłam prosto w oczy, gdzie widać było smutek i rozczarowanie. Przeze mnie.
- Hmm... jestem zaręczona, mam domową nauczycielkę, która jednocześnie jest moją jedyną przyjaciółką i osobą, która mnie rozumie. Reszta jest bez zmian - starałam się, aby moja twarz nie wyrażała żadnych uczuć, ale na próżno. Po policzku popłynęła mi łza, którą natychmiast starłam wierzchem dłoni.
- Jesteś zaręczona?! - wrzasnęła Rydel - Jezu, masz dopiero 19 lat.
- Przymknij się - rzuciłam - nie z własnego wyboru, ja nawet tego dupka nie trawię.
- Czekaj, czekaj - zaczęła siostra Marano, Vanessa - z własnego doświadczenia i ludzi wokół mnie wiem, że jeśli przyjaźnisz się z dużą grupką przyjaciół, a tam jest chłopak, to w jednym z nich się zakochujesz. Tak na przykład jest z Ross'em i Laurą.
- Właśnie - Ross klasnął w dłonie - ej, zaraz... co?!
- Van... - zaczęła piosenkarka - jeśli chcesz żyć, to radzę ci się przymknąć.
Vanessa machnęła na nich ręką.
- Więc... kto to był?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu bojąc się wyjawić prawdę.
- Tak naprawdę... spotykałam się z Rocky'm.

KELLY

- Jesteś taki słodki - cmoknęłam Rocky'ego w nos - pójdziemy coś zjeść?
- Jasne - chłopak złożył na moich ustach przelotny, delikatny pocałunek - co tylko byś chciała, księżniczko.

****************************

Cześć :)
Rozdział krótki, bo jakoś tak... dziwnie mi się go pisało, wiecie? Nie wiem, czemu tak jest, ale to prawda. Krótki punkt widzenia Kelly, bo chcę podkreślić, że Amanda spotykała się z chłopakiem przyjaciółki Laury. Nie wiem, może to was zaciekawi :3 Mam już powoli dość, że jak pojawia się ktoś nowy, to zawsze musi rozwalać tylko Raurę (u mnie to jeszcze jest niedoszła, ale to pomińmy XD), ale nie powiedziałam, że Amanda rozwali Kocky/Relly :D Tylko może coś namieszać, ale... nic więcej nie zdradzę :D I tak za dużo już napisałam.
Więc, wy komentujcie, ja dziękuję za motywujące komentarze (WIECIE, JAK NA ZANIK WENY ŚWIETNIE SIĘ CZYTA CZYJEŚ MIŁE SŁOWA? ♥), a ja postaram się szybciutko dodać next'a, ale nic nie obiecuję :3
Zapraszam na http://dancingcinderellastory.blogspot.com/ - świetny blog inspirowany fajnym filmem :3
Kocham was, buzi :D


czwartek, 7 sierpnia 2014

Zapraszam :)

Zapraszam na blog nowej bloggerki i zarazem mojej dobrej koleżanki Sylwii. Dziewczyna pisze o Raurze :
http://lauraiross-raura.blogspot.com/
Jest już dodany pierwszy rozdział :)
Skomentujcie czasami i obserwujcie, prosimy was obydwie.

wtorek, 5 sierpnia 2014

(II) Rozdział czwarty

*TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ*

Te trzy tygodnie były cudowne. Koncertowanie dawało nadal mi mnóstwo frajdy pomimo ogromnego zmęczenia, ale jeszcze bardziej nie mogłam się doczekać powrotu do domu. Tak bardzo stęskniłam się za Los Angeles, że bym mogła już teraz leżeć w ogrodzie plackiem na trawie w celu poopalania się.
Pomimo moich początkowych niechęci Ethan był super kolegą. Spędziłam z nim wspaniałe chwile i nie żałuję, że znowu się spotkaliśmy po tylu latach. A nawet zaczął mi się podobać, ale to już inna bajka...
Wspaniale spędziłam czas przez te dwa miesiące ze przyjaciółmi, nawet jeśli ogromnie brakowało mi Van i całego R5. No cóż, wszystkiego mieć nie można.
Ethan wyjechał wczoraj do Nowego Jorku, aby się spakować już do końca. Jego rodzice wynajęli firmę przeprowadzkową i już za kilka dni też powinien znaleźć się w LA. I mogłabym go wtedy poznać z wszystkimi przyjaciółmi.
Teraz siedziałam na swoim "łóżku" w busie i patrzyłam się w okno, przytulona do poduszki. Nudziłam się ogromnie. Wszyscy spali, bo było nad ranem, a w Los Angeles była jeszcze noc. Nie mogłam do nikogo zadzwonić ani z kimkolwiek porozmawiać. Wzdychałam co chwilę i patrzyłam uparcie w te okno, aż w końcu wpadłam na jakże genialny pomysł, aby wziąć i poczytać książkę. Geniusz, Laura!
Na szczęście na samym początku pomyślałam i wsadziłam do swojego bagażu kilka tomów ulubionych książek. "Miasto Kości" naprawdę lubiłam i już po chwili wczytałam się w słowa, znajdując się w fikcyjnym świecie łowców oraz Simona, który był jednym z moich ulubionych bohaterów.
Tak się wczytałam, że przez dłuższy okres czasu nie miałam pojęcia, co się koło mnie dzieje. Byłam przy momencie kłótni Simona z Clary, kiedy ktoś mnie dźgnął palcem w żebro. Przestraszona wystrzeliłam książką w powietrze i trafiłam nią w mojego oprawcę, którym okazała się Dove.
- Dzięki, tego było mi trzeba - powiedziała z sarkazmem, a ja ledwo powstrzymałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Co chcesz?
- Chciałam cię tylko poinformować, księżniczko, że Luke zrobił tosty. Jak chcesz i jesteś głodna, to rusz swój zacny tyłeczek, rusz go i skieruj do kuchni.
Lekko się podniosłam, aby usiąść i w tym momencie zaburczał mi brzuch. Dove zniknęła mi z pola widzenia, więc spokojnie mogłam wszystko zrobić. Podniosłam książkę i wsadziłam ją pod poduszkę. Z walizki wyjęłam zwykłe jeansy rurki, fioletową zapinaną bluzkę z rękawem do łokci i balerinki. Przebrałam się szybko w wybrane ubranie i według polecenia blondynki poszłam do kuchni. Tam już stali wszyscy i zjadali śniadanie. Na talerzu stojącym na środku stołu został ostatni, jedyny tost. Rzuciłam się na niego i zabrałam go w ostatniej chwili sprzed nosa Jasona.
- Przykro mi, musiałam to zrobić - wzruszyłam ramionami i wgryzłam się w posiłek.
Ostatnio zapanowała u nas zasada, że kto pierwszy ten lepszy. Jedzenie znikało bardzo szybko, ale to z powodu dużej ilości osób. Gdybym oddała teraz kanapkę przyjacielowi, to bym musiała naprawdę dłuuuuugooo czekać, żeby cokolwiek zjeść.
- Nowa dostawa - usłyszałam głos Luke'a, który obudził mnie z przemyśleń.
Jeszcze parujące tosty położył na talerz. Było ich tylko trzy. Wszyscy popatrzyli na siebie, potem na jedzenie i tak w kółko. Nagle wszyscy jak na "huraa!" rzucili się na posiłek. Udało mi się zdobyć jedną kanapkę! Drugą miała Mary, a trzecią Simon.
Zachichotałam wrednie i znów zaczęłam pałaszować posiłek.
- Czy ktoś może orientuje się, gdzie już jesteśmy? - spytałam, patrząc w okno.
Już od dobrej pół godziny mijaliśmy tylko lasy, łąki i pastwiska. Widziałam nawet krowę, która do mnie mrugnęła! Albo coś jej wpadło do oka. Cóż, wolę pierwszą wersję.
- Prawie w Vancouver - poinformował mnie Matt.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Niecierpliwość jednak brała nade mną górę i co chwilę zerkałam na zegarek wiszący na ściance.
- Spokojnie - Mary położyła mi rękę na ramieniu - będziemy w LA jeszcze dziś wieczorem i zdążysz się zobaczyć ze wszystkimi.
Wzięłam głęboki wdech i ponownie pokiwałam głową.
- Też strasznie tęsknię za całą rodziną Lynchów, Ell'em, Aileen i John'em - wyznała - już chyba od dwóch tygodni mam ochotę obgryźć paznokcie do samych korzeni, jakby to miało przyspieszyć czas. Niestety, jesteśmy bezradni. Następnym razem trzeba się modlić, abyśmy mogli wszyscy pojechać.
- Nie starczyło by jedzenia - zażartował Matt, ale Mary rzuciła w niego poduszką.
- Nie podsłuchuj.
Chłopak uchylił się i poduszka trafiła Dove tak, że upuściła właśnie zjadaną kanapkę.
- Ja najbardziej tęsknię za Vanessą, Rydel i Ross'em - choć nie chciałam się do tego przyznać, to była sama prawda.
Podczas gdy reszta chłopców bawiła się i robiła wszystko, aby uprzykrzyć komuś życie, Ross był cały czas przy mnie, wspierał mnie i nie miał za złe, że wtedy go zbudziłam z samego rana.
- Ty kretynie! - wrzasnęła tak, że aż zatrząsł się autobus.
Stop, wróć : żartuję. Bus zatrząsł się z powodu wyboistej drogi.
Blondynka wkurzyła się, wyrzuciła brudną kanapkę do śmieci i wzięła tą samą poduszkę, którą została zaatakowana i zaczęła atakować winnego. Biedny aż był cały czerwony i gdy Cameron w końcu przestała okładać go narzędziem zbrodni, brał szybkie, urywane oddechy.
- Jak możesz bić mojego przyjaciela? Ty morderczynio! - wydarł się Jason, wziął kolejną puchową poduszkę i tak właśnie każdy, z wyjątkiem mnie, wziął udział w mordowaniu innej osoby.
Ja nabrałam sobie jeszcze kilka tostów i wycofałam się do mojej sypialni, aby spokojnie zjeść i doczytać książkę. Z kanapek zrobiłam wieżę na szafce, ale znowu bus się zatrząsł i moje arcydzieło rozpadło się.
Nawet się nie obejrzałam, a zasnęłam.

~*~

*Amanda*

- Hej, jesteś gotowa? - usłyszałam cichy głos przy swojej głowie.
Uniosłam lekko kąciki ust do góry i pokiwałam głową. Jeszcze chyba nigdy nie było mi tak trudno się uśmiechnąć.
- Chodźmy - wyszeptałam i złapałam Jake'a za gorącą dłoń.
Nie chciałam tego robić. Nie chciałam go dotykać. Nie chciałam go już nigdy widzieć. Nie chciałam go już znać. Niestety, musiałam.
Oto ja, Amanda Destiny Thompson. Córka jednego z najbogatszych biznesmenów na świecie, właściciela jednej z najbardziej zarabiającej firmy muzycznej. Mój ojczulek zarabia miliony tygodniowo, a i tak te pieniądze idą znowu w biznes.
Nie lubiłam Jacoba. Został on wybrany na mojego wybranka przez "ukochanych rodzicieli". Tak naprawdę jego rodzice też są bardzo bogaci, a że mój ojciec jest strasznie skąpy i kocha pieniądze, to chce, aby mój przyszły mąż też był ogromnie bogaty. Na co temu człowiekowi tyle pieniędzy?
Szczerze? Nienawidziłam siebie i większości ludzi wokół siebie.
Nienawidziłam swoich rodziców za to, że nigdy nie mieli dla mnie czasu i próbują non stop rządzić moim życiem. To jest moje życie i mogę już o nim decydować! Ich zdaniem jestem nieodpowiedzialna i popełnię wiele ogromnych błędów, jeśli nie będę ich słuchać. Od drugiego roku życia co roku mam nową opiekunkę. Wszystkie zarabiały marne grosze i dlatego po kilku miesiącach się zwalniały. Rodzice nigdy nie spojrzeli na mnie czule, nie przytulili do siebie, nie doradzali, nie kochali.
Nienawidziłam Jacoba i jego rodziców. Cała trójka była straszne nadziana i zarozumiała. On też! Nigdy nie okazał mi dość czułości. Nigdy nie dotknął mojej ręki. Gdyby to robił, mogłabym się w nim zakochać. Nie zrobię tego. Mam serce i swoje uczucia i zrobię wszystko, aby nie doszło do tego małżeństwa.
Nienawidziłam siebie. Nie miałam nigdy dość siły w sobie, aby zaprotestować albo chociażby szczeniacko uciec z domu. Okej, nic mi nie brakowało z rzeczy materialnych, ale brakowało mi przyjaźni, miłości. Jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu się nie zakochałam. Mam jedną, jedyną przyjaciółkę. Nazywa się Sarah i mieszka z nami w domu, bo jest moją nauczycielką domową. Ma 24 lata i ma na tyle dobrze, że ojciec ją polubił, bo zwiększył ilość wypłaty.
Jaki sens ma moje życie? Czasami chciałam się pociąć, zapomnieć o Bożym świecie, a nawet umrzeć, ale zawsze gdy przykładałam do nadgarstka żyletkę, odrzucałam ją. Bałam się tego bólu. Jestem zwykłym tchórzem.
- Jesteśmy na miejscu - usłyszałam głos naszego kierowcy, Damien'a.
Kiwnęłam na niego głową i wyszłam z samochodu. Razem z Jacobem, ramię w ramię, weszliśmy do restauracji.
- Czy w czymś mogę pomóc? - spytała, wyglądająca na miłą, kelnerka.
Nie miała więcej niż 30 lat. Miała blond włosy z niebieskimi pasemkami. Jej szczupłe, opalone ciało odziane było w krótką jeansową sukienkę, co było tutaj ich mundurkiem oraz różową kamizelkę z nazwą restauracji i imieniem kelnerki. Amanda. Zupełnie jak ja.
- Mamy rezerwację na stolik 25 przy oknie - powiedział chłopak stojący obok mnie.
- Oczywiście, proszę za mną - rzekła i zaczęła iść do przodu.
Co chwilę oglądała się, czy za nią idziemy, a szatyn patrzył wciąż na jej tyłek.
- Jacob - syknęłam - daj spokój.
Walnęłam go torebką w ramię. Przewrócił teatralnie oczami i zaczął się dookoła rozglądać. Po chwili byliśmy już na miejscu. Zdjęłam swoją jeansową kurtkę i powiesiłam ją na oparciu krzesła. Po chwili wylądowała tam też torebka z czerwonej skóry, którą dostałam na 16 urodziny. To był najlepszy prezent, który dostałam od rodzicieli. Przygładziłam boki transparentnej białej sukienki i usiadłam na obitym łososiową skórą fotelu. Do swojej ręki wzięłam menu i zaczęłam patrzeć, co chcę zjeść.
- Poproszę panzanellę, czekoladowe lody i dużą szklankę coli - zamówiłam to, na co miałam ochotę.
Towarzysz posłał mi krytyczne spojrzenie, ale kompletnie go zignorowałam.
- A pan?
- Spaghetti carbonara, tiramisu i lampkę czerwonego wina.
Kelnerka wszystko zanotowała.
- Muszą państwo trochę poczekać - posłała mi półuśmiech - ale niedługo posiłek już będzie.
Kiedy odchodziła, odetchnęłam i wygrzebałam ze swojej torebki telefon.
- No co ty robisz? - nim się obejrzałam, mój iPhone zniknął mi sprzed oczu - to jest romantyczna kolacja.
- Może dla ciebie - warknęłam i wyrwałam chłopakowi swoją własność.
Pokręcił niedowierzająco głową.
- Wiecznie robisz mi wstyd.
- To zniknij z mojego życia - nie zamierzałam być milutka - myślisz, że mi się chce z tobą tutaj siedzieć? To się grubo mylisz. Jesteś zwykłym zarozumiałym egoistą, który myśli, że jest najlepszy! Proszę, idź, nie będę za tobą tęsknić!
Nie chciałam być głośno, ale trochę mnie poniosło. Większość stolików stojących niedaleko patrzyło na nas z niemałym zainteresowaniem.
- No i na co się patrzycie, co?! - byłam tak wściekła, że mogłabym kogoś zagryźć - macie za nudne własne życie?!
- Amanda, uspokój się! - Jacob położył mi rękę na ramieniu, którą błyskawicznie strzepnęłam.
Zacisnęłam zęby i popchnęłam szatyna, aby usiadł na tyłku i się nie wtrącał. Nie odezwałam się ani słowem, wsadziłam słuchawki do uszu i miałam wszystko gdzieś. Chciałam stąd zniknąć, znaleźć się w domu pod ciepłym kocem, z ciepłą herbatą zrobioną przez Sarah. Chciałam z nią porozmawiać.
Nie wiem, ile tak siedziałam. Wiedziałam tylko, że słuchałam muzyki tak długo, aż nasza kelnerka z nietęgą miną przyniosła nam jedzenie. Wzięłam widelec z moim jedzeniem do ust i rozkoszowałam się smakiem.
Nagle wpadłam na głupi pomysł. Na tyle głupi, ile być może skuteczny.
Gdy mój towarzysz nie patrzył wepchałam swoją kurtkę do dużej torby. Dojadłam i dopiłam wszystko do końca i wstałam od stołu, szurając krzesłem. W całej restauracji ucichło jak makiem zasiał. Westchnęłam.
- Gdzie idziesz?
- A ty co, książkę piszesz? - spytałam z sarkazmem - do toalety. Zaraz wrócę.
Nie miałam zamiaru. Szybkim krokiem skierowałam się w to miejsce. Moje szpilki zastukały, aby po chwili zostać zagłuszone przez trzask drzwi od damskiej toalety. Gdy tylko zrozumiałam, że nikogo nie ma w pomieszczeniu wrzuciłam torebkę na wysoki parapet, a potem i buty. Stanęłam boso na kaloryferze i zaczęłam się wspinać na ten sam parapet. Nie było to łatwe zadanie, dodatkową trudnością była sukienka i rajstopy, które zaczęły się wszędzie czepiać i rwać.
Gdy w końcu, zdyszana, udało mi się wejść na górę, drzwi trzasnęły, a ja zamarłam. Z resztą, czego się spodziewałam? Był duży ruch, a na pewno to zajęło mi kilka minut. Zobaczyłam znowu tę kelnerkę, Amandę. Zobaczyła mnie i otworzyła szeroko usta ze zdziwienia.
- Pani towarzysz... no cóż, szuka pani. Ale... - tu się zacięła - mogę powiedzieć, że nie ma tu pani.
Pokiwałam szybko głową.
- Dziękuję - odetchnęłam.
Gdy kobieta zniknęła za drzwiami, otworzyłam szeroko okno. Najpierw zrzuciłam torebkę z butami, a potem zaczęłam się sama opuszczać. Z przerażeniem jednak usłyszałam głośny stukot butów i trzask drzwi. Ostatkiem czasu trzasnęłam oknem i stanęłam na palcach na jakimś stopniu. Podtrzymałam się na palcach i patrzyłam, jak Jacob uparcie szuka mnie po pomieszczeniu. Zachichotałam, co było błędem, bo chłopak mnie zobaczył i wybiegł z łazienki.
Cholera.
Zeskoczyłam na ziemię, porwałam swoje buty i torebkę i zaczęłam biec w kierunku domu. Znałam idealną kryjówkę na plaży, niedaleko mojego miejsca zamieszkania, gdzie mogłabym się ukryć przed 'moim chłopakiem'. Biegłam wciąż przed siebie i co chwilę oglądałam się, ale nigdzie go nie widziałam. Trochę spokojniejsza przystanęłam i wzięłam głęboki oddech. Zerwałam z siebie do końca rajstopy i wyrzuciłam je do stojącego nieopodal kosza na śmieci. Chwyciłam swój tobołek i szybkim krokiem przez plażę kierowałam się do swojej kryjówki pomiędzy drzewami. Nikt się tam nie zapuszcza, bo jest to dzika plaża, a te drzewa są trochę oddalone. Tam jest zbudowana platforma, coś na kształt domku na drzewie. Jeszcze nigdy nie widziałam, aby ktokolwiek tam wchodził.
Miałam tam swoje rzeczy. Magnetofon na baterie, a w nim wciąż siedziała płyta Laury Marano, którą uwielbiam; gitara, na której dopiero co uczyłam się grać; śpiwór, karimata, kiedy nie miałam ochoty spać w domu; jakieś tomy książek; laptop; mini bagażyk z kilkoma ubraniami. Uwielbiałam tam spędzać czas. Pisałam w samotności piosenki, grałam na gitarze. Samodzielnie się uczyłam, bo nie miałam nawet kogo poprosić. Internet robi swoje.
Przez kilkanaście minut szłam wciąż przed siebie. Telefon w torebce drżał i grał piosenkę "Say Somethin", co oznaczało, że Jacob już zdążył wrócić do domu i o wszystkim poinformować moich rodziców. Miałam ich gdzieś, tak jak oni mnie. Gdy w końcu zaczęło mnie to irytować, wyłączyłam go i rzuciłam na dno torby.
Gdy doszłam na miejsce rozłożyłam karimatę, śpiwór, przebrałam się w wygodniejsze ubranie, włączyłam radio i przy niezwykłej muzyce zasnęłam.

~*~

*Laura*

- Wstawaj, śpiąca królewno - znowu ktoś mnie budzi.
Mogę ich wszystkich zagryźć?
Zaspana przetarłam oczy i spojrzałam na przyjaciół zebranych przy moim łóżku. Patrzyli się na mnie, uśmiechnięci od ucha do ucha. Simon trzymał coś za plecami.
Rozbudzona usiadłam na łóżku i spojrzałam na nich podejrzliwie.
- Chcieliśmy cię poinformować, że jesteśmy już prawie w Los Angeles - powiedział Jason.
Zdekoncentrowana spojrzałam na zegarek. Kurcze, była prawie 18! Strasznie długo spałam.
- Iii? - spytałam, bo wiedziałam, że to nie wszystko.
Po to by nie zbierali się wszyscy.
- Chcieliśmy ci dać to - Simon wyciągnął zza pleców bukiet kwiatów - mały upominek na uczczenie końca twojej pierwszej, wielkiej trasy koncertowej.
Uśmiechnęłam się szeroko i rzuciłam na szyję Dove. Potem ściskałam wszystkich po kolei, a Matt robił nam zdjęcia. Byłam szczęśliwa. Byli wspaniałymi przyjaciółmi.
Rozmawialiśmy przez dłuższy czas, gdy nagle usłyszeliśmy głośny, przerażony głos naszego kierowcy.
- Dzieci, usiądźcie! - krzyknął.
Simon ruszył w jego stronę, pewnie zapytać, o co chodzi. Byliśmy zdezorientowani.
Nagle busem mocno szarpnęło. Mary krzyknęła głośno i rzuciła się na swoje łóżko, tuląc się mocno do poduszki. Autobus znów podskoczył i zaczęliśmy robić slalom na drodze. Kierowca tracił panowanie nad pojazdem. Wpadliśmy w ślizg, a potem bus uderzył w coś, najprawdopodobniej w drzewo. Poleciałam do przodu, wybijając przy okazji szybę, a potem była tylko ciemność.

****************************

Dobry wieczór, kochani.
Rozdział jest beznadziejny, jak mój humor i wena ostatnio. Dopiero co zaczęłam nowy sezon i znowu nie mam weny...
Nie wiem, co mi strzeliło z tym wypadkiem. Po prostu zainspirowałam się kilkoma blogami, książkami i filmami, które ostatnio oglądałam i tak jakoś wyszło.
Ech... ta scena z Amandą... będzie ona jedną z głównych bohaterek w tym opowiadaniu. Miałam jakoś ochotę stworzyć swoją własną postać i proszę :)
Nie wiem, co tu jeszcze napisać.
Może to, że NIE ŻYCZĘ SOBIE W KOMENTARZACH ŻADNYCH ŁAŃCUSZKÓW.
Może to, że dziękuję wam serdecznie za motywujące komentarze :3
Komentujcie, kochani! ♥
Kocham was!
PS. W zakładce "Bohaterowie II" możecie zobaczyć, kto będzie występował w II sezonie :3 Cały czas zapominam was o tym poinformować.
PS2. Oglądajcie nowy teledysk :) Jest świetny! Zakochałam się.



czwartek, 24 lipca 2014

(II) Rozdział trzeci

- Ross, zaczekaj! - darłam się jak opętana - nie rób tego! 
Biegłam w jego stronę, traciłam oddech. Nogi bolały mnie i traciłam prędkość. Bałam się, że nie dam rady, że nie dobiegnę.
Blondyn popatrzył na mnie pustym, bezbarwnym wzrokiem i przeszedł przez ogrodzenie.
- Nie rób tego! - krzyknęłam znowu ze łzami w oczach.
Bałam się o niego, i to cholernie. 
- Nie ma szans - powiedział z intonacją robota, a ja poczułam, że tracę czucie w nogach. 
Upadłam na ziemię i choć nie mogłam poruszyć żadną częścią ciała to czułam, jak łzy zamazują mi cały obraz. 
- To tylko krok - dodał - a będzie wszystkim lepiej. 
Zamknęłam oczy, aby tego nie widzieć. Lynch zrobił krok do przodu i spadł prosto do oceanu.

Obudziłam się z głośnym krzykiem. Byłam cała mokra od potu, a policzki błyszczały od łez.  
- Laura, wszystko dobrze? - koło mojego łóżka od razu pojawiły się przyjaciółki, a za nimi stali Luke, Matt i Jason z Simonem.
Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem.
- Tttak - wydukałam, wycierając czoło.
Odetchnęłam głęboko. To był tylko koszmar. Tylko koszmar...
Ale wszystko było takie realistyczne!
- Na pewno? - spytała, upewniając się Dove.
Pokiwałam głową i unormowałam oddech.
- Jesteśmy na postoju - powiedział ciepło Simon - jeśli chcesz to możesz iść wziąć prysznic.
Przymknęłam powieki i wstałam z łóżka, rzucając kołdrę w kąt.
- Okej - powiedziałam cicho.
Podeszłam do walizki i wyciągnęłam jakieś jeansy i tunikę oraz bieliznę.
- I pamiętajcie, dziś idziemy trochę pozwiedzać Ottawę - powiedział Jason - więc o dwunastej zbieramy się w busie, tutaj.
Wszyscy się zgodzili. Spojrzałam na zegarek - było po siódmej. I uwierzyć, że wszystkich tak pobudziłam. Wyciągnęłam jeszcze komórkę z torebeczki. Wpisałam znajomy numer.
- Nie wiem, do kogo dokładnie dzwonisz - usłyszałam za sobą Jas'a - ale w LA jest teraz noc.
- Trudno, zaryzykuję - odeszłam od niego na kilkanaście metrów i wsłuchiwałam się w sygnały.
Dopiero za ósmym czy dziewiątym usłyszałam zaspany głos Ross'a.
- Halo? - pewnie nawet nie sprawdził, kto dzwoni.
- Cześć, to ja - powiedziałam niepewnie.
Usłyszałam jakieś zamieszanie.
- Już. Cześć, Laura - jego głos zmienił się nie do poznania.
Był ciepły i troskliwy.
- Czy coś się stało?
- Nie - uśmiechnęłam się lekko - przepraszam, nie chciałam cię obudzić. Chciałam po prostu usłyszeć twój głos.
I sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale to pominę.
- I tęsknię za tobą - dodałam.
Sama nie wiedziałam, czemu takie wyznania ze mnie wypłynęły. Ale nie były one na mus, były szczere.
- Aww, to słodkie - usłyszałam jego rozbawiony głos.
- Słodkie to były wasze kłótnie o mnie - uśmiechnęłam się lekko.
Tego było mi trzeba, rozmowy z Ross'em. Wiedziałam, że nic mu nie jest i nic mu nie grozi. To mi wystarczyło.
- Ja to wiem. Ale nie wierz im, oni kłamią. To ja najbardziej za tobą tęsknię.
- Wierzę ci - powiedziałam - i jeszcze raz przepraszam, że cię obudziłam przez moje widzimisię.
- Nic się nie stało - zapewne machnął teraz ręką, jak to miał w zwyczaju - rozmowa z tobą podniosła mnie na duchu. I uwierz mi, cieszę się, że mogę z tobą rozmawiać.
- Czy może chcesz się pochwalić reszcie, że to do ciebie zadzwoniłam?
Wybuchnął szczerym śmiechem.
- Jasne.
- No oczywiście. Jak tam... - nie dokończyłam, bo nagle ktoś na mnie wpadł i poleciałam mocno do tyłu.
Komórka wypadła mi z dłoni, a na jej ekranie pojawił się długa, pokaźna rysa. Przeklnęłam pod nosem i zaczęłam się podnosić.
- Bardzo cię przepraszam - zaczął chłopak stojący przede mną.
- Jestem cała, czego niestety nie mogę powiedzieć o moim telefonie - powiedziałam rozbawiona i podniosłam komórkę, a raczej jej szczątki.
W słuchawce nadal było słychać zaniepokojony głos Ross'a.
- Nic mi nie jest - rzuciłam szybko przyjacielowi.
Albo mi się wydawało, albo odetchnął z ulgą.
- Laura?! - spytał nagle, jakby pod olśnieniem, nadal stojący przede mną chłopak.
- Tak? - nieświadoma niczego spojrzałam na niego.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, jak wygląda. Miał czarne, bujne włosy oraz był szczupły. Niewielki zarost rysował linię jego szczęki. Wyglądał na zmęczonego, a jednocześnie obudzonego moim widokiem.
- Nie pamiętasz mnie? - spytał, trochę zawiedziony.
Pokręciłam przecząco głową. Nie przypominał mi nikogo, kogo znam.
- Mieszkaliśmy kiedyś koło siebie - podpowiedział, uważnie mnie obserwując, jakby chcąc przewidzieć, jak zareaguję - chodziliśmy razem do przedszkola i podstawówki. Siedzieliśmy razem w jednej ławce przez kilka lat.
Wspomnienia z dzieciństwa wróciły, nie tylko te dobre. Przypomniałam sobie go. Mały chłopiec, rozrabiaka. Wiecznie był uśmiechnięty, robił wszystkim kawały. Właśnie dzięki tym żartom go poznałam i spędziłam razem z nim kilka świetnych lat.
- Ethan?! - byłam zdziwiona.
Nie widziałam go od ponad pięciu lat. Gdy miałam 12 lat, razem z rodzicami musieliśmy się przeprowadzić do Los Angeles, a jednocześnie, oczywiście, zmienić szkołę. Musieliśmy się rozdzielić i ani razu potem go nie widziałam. Byliśmy dziećmi i nawet nie pomyśleliśmy, żeby utrzymać jakikolwiek kontakt.
Na jego twarzy wykwitł uśmiech.
- Bingo! - roześmiał się, ale nadal sprawiał wrażenie zawiedzionego, jakby oczekiwał innej reakcji z mojej strony.
Przykro mi, nie będę mu się rzucała w ramiona.
- Wow - tylko tyle zdołałam wyszeptać.
- Nie widzieliśmy się tyle lat - powiedział pogodnie - nie zmieniłaś się ani trochę. Wciąż ta sama, ale o wiele ładniejsza Marano.
Zarumieniłam się, jak za każdym razem, gdy słyszę jakiś komplement.
Zmierzyłam go jeszcze raz wzrokiem.
- Ty też jesteś niczego sobie.
- Laura... - Ross dalej dawał znać o swojej obecności pod drugiej stronie.
- Słucham? Słuchaj, Ross.
- Ty miałaś słuchać - podchwycił rozbawiony.
- Mogę do ciebie zadzwonić rano? Twojego rano oczywiście - dodałam.
- Jasne - z jego głosu zniknęła radość.
- Przepraszam - naprawdę było mi przykro - naprawdę tęsknię. Do usłyszenia i jak najszybszego zobaczenia. Wyśpij się.
- Też tęsknię. Pa.
Rozłączył się. Z cichym westchnieniem schowałam zniszczony telefon do kieszeni.
- A więc... - zaczął niepewnie Ethan, wbijając wzrok w podłogę - czy może... chcesz się ze mną trochę spotkać, porozmawiać albo powspominać stare czasy?
Spojrzałam na niego łagodnie.
- Przykro mi, ale teraz nie mogę. Muszę po pierwsze się przebrać i w ogóle, a po dwunastej wyruszamy z przyjaciółmi na zwiedzanie Ottawy. Nie mam czasu.
- A może, mógłbym pójść z wami?
Westchnęłam.
- Musiałabym się z nimi naradzić, ale pewnie będziesz mógł, bo oni są bardzo mili. Aż za bardzo - wyszeptałam drugie zdanie pod nosem - jakby co, to jak dać ci znać? Nie mam twojego numeru ani nic. A tak w ogóle, co ty robisz w Ottawie?
- Numer jest tutaj - powiedział po kilku sekundach, dając mi karteczkę, którą przed chwilą dzierżył w dłoni - a jestem z rodzicami w Ottawie ze względów wakacyjnych. Potem przenosimy się do LA.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Jasne.
Zrobiłam kilka kroków w stronę wejścia, ale na chwilę się do niego odwróciłam.
- A co w Nowym Jorku? Zmieniło się?
Pokręcił przecząco głową.
- Pani Jensen nadal denerwująca, ale na szczęście już się przeprowadziliśmy.
Uśmiechnęłam się po nosem.
- Może spotkamy się w Los Angeles.
- Może - powiedział rozmarzony.
Potem nie spojrzałam na niego ani razu.

_

Wilgotne włosy zawinęłam w ręcznik, nałożyłam jakieś wygodne ubrania i mogłam wracać. Jeszcze tylko raz przejrzałam się w lusterku sprawdzając, czy dobrze rozsmarowałam wszędzie krem i wyszłam z kabiny. Szybko znalazłam swoich przyjaciół, którzy robili to, co zwykle.
Dove siedziała z Mary i rozmawiały, Luke omawiał coś z Matt'em i Simonem,  a Jason siedział w rogu pomieszczenia i brzdąkał na gitarze. Ja za to nawaliłam się na łóżko i chciałam już nigdy stamtąd nie wstać. Temat Ethana chciałam poruszyć, jak zorientują się o mojej obecności.
Znudzona otworzyłam laptopa i wpisałam adres twitter'a. Na głównej stronie wyświetliło się stare zdjęcie moje i Raini. Uśmiechnęłam się na samą myśl na to wspomnienie.
Byłyśmy wtedy razem na rolkach, jeździłyśmy niedaleko mojego domu. Za nami włuczyła się Kelly, wtedy jeszcze nie byłyśmy przyjaciółkami. Poprosiłyśmy ją, aby zrobiła nam zdjęcie. To był jeden z najlepszych dni w moim życiu, bo nie dość, że spędziłam go z Rai (miałyśmy wtedy dość mało dla siebie czasu), to do tego zdobyłam kolejną przyjaciółkę. Od tamtej pory traktuję Kel jak moją siostrę.
To zdjęcie dodała właśnie Rodriguez, z dopiskiem "Tęsknię za moją @lauramarano. Nie wierzę, jak umiemy bez siebie tyle wytrzymać". Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Dodałam tweet do swoich ulubionych, przekazałam go dalej, a do tego odpisałam jej, jak ja też za nią tęsknię.
Przewijałam stronę w dół, aż znów natrafiłam na zdjęcie, tym razem Ross'a z Maią. Staroć, ale coś mnie ukłuło w serce. Zignorowałam to kompletnie i zmieniłam link na tumblr.
Przeglądałam sobie zdjęcia, aż usłyszałam donośny głos Mary, na dźwięk którego podskoczyłam przestraszona.
- Lau!
Zachichotałam i przewróciłam teatralnie oczami.
- Zbyt spostrzegawcze to wy nie jesteście.
- Trzymaj - nawet się nie obejrzałam, a Simon wepchnął mi w dłoń papierowy kubek z cappucino.
- Dzięki - popiłam łyk i odłożyłam kubeczek na bok - na zewnątrz spotkałam mojego starego przyjaciela, jeszcze z Nowego Jorku. Pytał, czy nie mógłby się z nami przejść po Ottawie.
- No i w czym problem? - spytała Mary.
- Pytam się o wasze zdanie w tej sprawie.
- A przystojny? - Dove podskoczyła na łóżku, rozanielona.
- Dove - zmarszczyłam czoło i zachichotałam, widząc minę Luke'a - szczerze to nawet jest, ale urodą nie powala.
- No właśnie - powiedziała z sarkazmem - bo kto by pobił urodę przystojnego blondyna z sławnego zespołu...
- Och, zamknij się - przerwałam jej wiedząc, do czego zmierza - to może iść czy nie?
Chórem zgodzili się. Pozostało tylko go o tym poinformować.

_

*Ross*

Obudziły mnie promienie słońca, które, jak zwykle, wpadały przez niezasłonięte rolety. Rozmawiając z Laurą odsłoniłem je, aby spojrzeć na ulicę i potem zapomniałem je znów zasłonić.
Przeciągnąłem się i poczułem smakowity zapach naleśników. Przez cały ten miesiąc nie mieliśmy żadnych domowych posiłków ani domowej atmosfery, a tego mi bardzo brakowało. Z burczącym brzuchem domagającym się posiłku zszedłem powoli na dół.
W kuchni stała Rydel smażąca właśnie ten posiłek, na który tak miałem chęć.
- Cześć, Ross - mruknęła, nawet się nie odwracając.
Widać było, że nie była w zbyt dobrym humorze.
- Hej - odpowiedziałem i usiadłem na krześle przy stole - czy coś się stało?
- Nie - ucięła krótko, ale w jej głosie można było usłyszeć oznakę fałszu.
- Rydel...
Westchnęła i odwróciła się do mnie. W jej oczach dostrzegłem łzy.
- Pokłóciłam się z Ellingtonem - wyznała, a jej głos się załamał - zaczął się awanturować o to, że Laura wie o naszym związku. Nie mam pojęcia, o co może mu chodzić. Przecież to nasza przyjaciółka i miała prawo wiedzieć, ale on widział w tym problem.
- Oj, Delly - podszedłem do niej i przytuliłem mocno do siebie.
Wtuliła się we mnie, jak to zawsze miała w zwyczaju. Głaskałem ją po plecach.
- Może po prostu miał zły dzień - podpowiedziałem - albo wolał jej zrobić niespodziankę.
- Ale mógł zareagować spokojniej - wyszeptała - a nie wrzeszczeć. Nie mam pojęcia, o co mogło mu chodzić.
- Porozmawiaj z nim, na spokojnie. Na pewno się dogadacie.
- Masz rację - pokiwała głową i odsunęła się ode mnie - dziękuję, Ross.
- Nie ma sprawy. Dla ciebie zawsze.

***************************

Cześć :)
Rozdział dość późno, ale ostatnio wszędzie jeździłam (to na basen, to sprzedać książki, to tam, to siam) i jakoś tak mało czasu miałam. Oraz weny.
I klawiatura znów zaczyna płatać mi figle, ech...
Rozdział nudny, bo jak już wspominałam, mam jakiś zanik weny.
Next niedługo :)

SPAMUJEMY NA TT : #5YearsOfR5 !
Zróbmy to dla naszych idoli!



czwartek, 17 lipca 2014

LBA 2, 3 i 4 :)

Dostałam kolejne nominacje od PinkiNie Zapomnianej Dziewczyny oraz Karci Lynch. :)
Dziękuje wam serdecznie, ale trochę ich za dużo :3
Odpowiedzi do pytań Karci zostały umieszczone na moim wspólnym blogu z Szanell i nie będę ich tutaj wstawiała ;)



PYTANIA OD PINKI : 

1. Ile masz lat?
2. Jakie imiona z innych krajów ci się podobają?

3. Jakie jest twoje hobby?

4.Raura vs. Raia?

5. Czy masz kogoś komu się zwierzasz ze swoich problemów i sekretów?

6. Jakbyś wiedział/a, ze to ostatni dzień twojego życia to jak go wykorzystasz?
7. Najfajniejszy członek zespołu R5?

8.  Jak radzisz sobie ze złością? Czy chciałbyś powiedzieć o tym?

9. Jakich języków uczysz się w szkole a jeśli uczysz się jakichś spoza szkoły to jakich?

10. Jak brzmi twoje motto życiowe?

11. Ulubiona piosenka R5?


MOJE ODPOWIEDZI : 

1. Rocznikowo 15 :)
2. Rachel, Cassandra, Hope, Jessica, Alice, Rosalie.
3. Lubię pisać oraz czytać. Uczę się grać na gitarze i lubię to :) Uwielbiam też fotografować!
4. Oczywiście, że Raura <3
5. Moją przyjaciółkę i czasami mamę.
6. Chyba postarałabym się spędzić jak najwięcej czasu z bliskimi osobami. Ale wolę tego nie wiedzieć. 
7. Uwielbiam wszystkich, ale największą sympatię zaskarbiła sobie Rydel <3
8. Najczęściej płaczę i rzucam przedmiotami w ścianę. Nie zrobiłabym sobie ani nikomu innemu czegoś złego. Teoretycznie jestem tchórzem. 
9. Uczę się angielskiego, niemieckiego i ukochanego hiszpańskiego <3
10. Nie mam motta, ale powtarzam sobie, że też jestem coś warta w życiu i jeżeli się postaram, to osiągnę naprawdę dużo. 
11. Na dzień dzisiejszy Cali Girls :) 

PYTANIA OD NIE ZAPOMNIANEJ DZIEWCZYNY : 

1. Co robisz/ robicie kiedy za oknem pada deszcz?
2. Jakie lubisz/ lubicie seriale komediowe?
3. Czy sądzisz/ sądzicie że serialowa para Auslly pasuje do siebie?
4. Kogo z R5 lubisz/ lubicie najbardziej?
5. Co zainspirowało cię/was do założenia bloga/blogów?
6. Lato vs Wiosna?
9. Piłka nożna vs piłka ręczna?
10. Od kiedy prowadzisz/ prowadzicie bloga?
11. Czy cieszysz/ cieszycie się z nominacji?

ODPOWIEDZI : 

1. Siedzę na komputerze skrobiąc rozdziały, czytam książki, oglądam filmy albo słucham muzyki :)
2. Austin & Ally, BrzydUla, Dr House.
3. Jasne! Kocham ich <3
4. j.w
5. Sam serial, moje własne pomysły (wiele osób wmawia mi, że jestem kreatywna) i inne blogi :)
6. Uwielbiam obydwie pory roku, ale niewiele bardziej lubię wiosnę. 
(nie ma punktów 7  i 8 xd)
9. Ręczna. 
10. Tego bloga założyłam w październiku 2013.
11. Jasne, że tak :3

NIKOGO NIE NOMINUJĘ, BO JESTEM ZBYT LENIWA ;_; 

Piszę rozdział już, więc wolę się skupić na tym :3
Do rozdziału! (jeżeli znów mnie ktoś nie nominuje ;x)